wtorek, 23 marca 2010

Love story z getta

“Król kier znów na wylocie” to prawdziwa historia, której nie powstydziłby się hollywoodzki melodramat: jest tu napięcie sięgające zenitu, są nieoczekiwane zwroty akcji i splątane losy wielu bohaterów.

Oto ona i on. Ona zaręczona z innym, on spotyka się z inną. Poznali się przypadkiem, kiedy wstąpiła do koleżanki nawlec sznurówki do butów. Ją zauroczyły jego piękne dłonie oparte na kaflowym piecu, a potem opuszczone bezradnie, on zachwycił się jej oczami, które przypominały mu oczy córki rabina. Zerwała zaręczyny z Jurkiem, wyszła za Szajka. Trwała wojna, było coraz ciężej. Ludzie ginęli, ale oni byli i była ich miłość. Ona pracowała w szpitalu, on w warsztacie. Wyszła z getta, potem wyciągnęła męża. Teraz nazywali się Pawliccy. Wyglądali dobrze: on wysoki blondyn, ona ufarbowana na popielaty blond. Mąż przerzucał ludzi na słowacką stronę, ale wpadł w Krakowie, trafił do Oświęcimia a potem do Mauthausen.

Od tej pory życie Izoldy miało tylko jeden cel: wyciągnąć męża z obozu, za wszelką cenę.
Gwałcona, okradziona, więziona, bita nie poddawała się, szła uparcie do przodu, szukała nowych dróg, kolejnych sposobów. Ważny był tylko jej mąż, nie liczyło się nic więcej. Ludzie ginęli za ojczyznę, narażali życie dla swoich przekonań, ona chciała tylko ocalić męża, nic więcej. Mówi o tym tak po prostu. Ton oczywistości bije z każdej strony tej opowieści: jest jak jest, trzeba żyć, trzeba się dostosować. Trzeba brać pieniądze za rozwożenie grypsów, nie wolno wrzeszczeć w bramie, kiedy dobiera się do niej policjant, trzeba stale się pilnować. Trzeba stawiać torbę nie po żydowsku, odmawiać zdrowaśki jak katolik, mówić piskliwym, pewnym siebie głosem dużej służącej. Izolda jeździła, kupowała, sprzedawała, załatwiała: słoninę, cyjanek potasu, tytoń. Była więziona na Pawiaka, była na robotach w Rzeszy, uciekła stamtąd do Łodzi, trafiła do Wiednia a stamtąd do Oświęcimia, potem znowu do Wiednia, skąd wrócili do Łodzi, a wyrzuceni z Polski w 1968 r. wyjechali znowu do Wiednia, a stamtąd do Izraela.

Izolda wierzyła, że odnajdzie i ocali męża, modliła się do Matki Boskiej z medalika od Lilusi, zawierała układy z Panem Bogiem, stawiała kolejne pasjanse, w których upewniała się, że on żyje i szła naprzód. Jej determinacja przejmuje grozą i szacunkiem, bo to nie fikcja, nie spleciona z wielu luźnych motywów papierowa opowieść, tylko autentyczna historia młodej kobiety, opowiedziana przez Hannę Krall w reportażu "Powieść dla Hollywoodu" z tomu “Hipnoza” (1989). Izolda Regensberg zamówiła u niej spisanie swoich losów, marzyła, by na jej podstawie powstał film z Elisabeth Taylor, ale nie była zadowolona z ostatecznego efektu. “Król kier...” jest poprawioną wersją tamtej powieści, taką, w której już nie brakuje “uczuć, miłości, samotności i łez”. Nie ma tu patosu, jest wstrząsająca rzeczywistość opowiedziana słowami najoszczędniejszymi z oszczędnych. Chwilami opowieść się rwie, jakby narratorka złapała zadyszkę, czasem płynie wartko, jakby chciała jak najprędzej wyrzucić z siebie całą historię.

Szajek odnalazł się, przeżył, oboje przeżyli. Ale wojenna trauma zmieniła ich. I w momencie, w którym happy end wydaje się być tuż-tuż, okazuje się, że ta historia będzie miała zupełnie inne zakończenie.

Kolejna świetna książka Hanny Krall. Warto przeczytać.

Hanna Krall, Król kier znów na wylocie, Świat Książki 2006

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz