niedziela, 26 lutego 2012

Łowcy skarbów i pieczonych kurczaków

Przyznam, że odkąd Piotruś posiadł umiejętność płynnego czytania, coraz częściej ceduję na niego wieczorną lekturę. Dobrze szło, ale wszedł w kolejny etap i nauczył się czytać cicho i nie chce już czytać Michasiowi. Chyba, że co lepsze kawałki, z których obaj wyją głośno, zamiast wyciszać się przed snem. 


Ostatnio tak czytali książkę Stefana Friedmanna. Z fragmentów, które poznałam, wnioskuje, że lektura jest rzeczywiście zabawna, napisana z poczuciem humoru uwielbianym przez małych chłopców, czyli: przejęzyczenia, przedrzeźnianie, charakterystyczni bohaterowie i wartka akcja. To także ciepła i pełna przygód opowieść o przyjaźni - tytułowi bohaterowie stanowią zgraną paczkę i pomagają sobie w kłopotach. Przygotujcie się na dużo śmiechu: Mapa skarbów okazuje się przepisem na placki ziemniaczane, pieczony kurczak tajemniczo znika z garnka, a pozujący na groźnych zbirów Borygo i Fijoł tak naprawdę są tchórzliwymi gamoniami. Szczególny zachwyt moich dzieci wzbudziło pisanie listu z żądaniem okupu. Pisał kot Pazurro, a przedrzeźniał go Fijoł:


- Szanowny Panie...
- Szanowne pranie...
- Proszę robić, co każemy...
- Proszę drobić, bo leżymy...
- Papuga jest w naszych rękach...
- Papuga jest na mękach...
- Oddamy ją w zamian za skarb...
- Oddamy, jak nam wyrośnie garb...


Czujecie te klimaty? :-)


Książka wydana jest z rozmachem: format A4, kredowy papier, ładne i kolorowe rysunki Zbigniewa Dobosza. Rzecz na piątkę!


Stefan Friedmann, Przygody podróżnika Pipsa i jego przyjaciół: papugi Terefery i Psa Klipsa, Firma Księgarska Olesiejuk 2011.

czwartek, 9 lutego 2012

Bajkoterapia po włosku

Historyjki terapeutyczne pomagają dzieciom oswoić trudne sytuacje i pokazują, jak sobie z nimi radzić. Dla rodziców są doskonałym punktem wyjścia do rozmowy o takich sprawach, jak ciężka choroba, śmierć, zły dotyk, prawdomówność. Dorosłym, którzy instynktownie chcą chronić dzieci przed bolesnymi sprawami, trudno jest zacząć taką rozmowę, trudno odpowiadać na pytania – a przecież odpowiadać trzeba.

Wydawnictwo WAM wydało całą serię książeczek z serii „Wielkie problemy naszych dzieci”. To tłumaczone z włoskiego opowieści różnych autorów, każda z nich przybliża jedno zagadnienie. Przeczytaliśmy trzy: „Dziadek jest chory”, „Gdzie są ci, którzy odeszli na zawsze?” i „Czy silniejszy zawsze zwycięża?”.

Pierwsza nich to wzruszająca historia o przyjaźni dziadka i wnuczka. Dziadek, który jest dla małego Pawełka cudownym opiekunem, zawsze ma dla niego czas i wymyśla fantastyczne zabawy, zapada na chorobę Altzheimera. Książka świetnie pokazuje chorobę oczyma dziecka: najpierw, kiedy dziadek nie pamięta drogi do domu, Pawełek jest przekonany, że to taka zabawa, taka sama jak ich wspólne zabawy w piratów. Później jest smutny, gdy dziadek już chodzi z nim do parku, a jeszcze później buntuje się, że dziadek zapomina o jego urodzinach. Coraz bardziej pogodzony z sytuacją odwiedza go w domu opieki, do którego trafia starszy pan. A kiedy jest już nastolatkiem i odwiedza dziadka, ten nie pamięta, kim jest Pawełek. I wówczas chłopiec proponuje mu zabawę w dziadka i wnuczka. Piotruś słuchał w skupieniu, a ja płakałam jak bóbr.

W tej histori nie ma magicznej różdżki, której moc przywróciłaby dziadkowi zdrowie, za to kapitalnie jest pokazane, jak dziecko, przy wsparciu rodziców, potrafi odnaleźć się w bardzo trudnej sytuacji.

„Gdzie są ci, którzy odeszli na zawsze?” to piękna, poetycka opowieść o śmierci. Historia dzieje się w oceanie wśród ryb. Mama wyjaśnia osieroconym przez ukochanego tatusia małym linom, że ilekroć w morzu gaśnie życie, tylekroć na niebie rozbłyskuje nowa gwiazda, a Mewa przenosi na swoich skrzydłach dusze do niebieskiego oceanu. „Niebieski ocean” jest miejscem upragnionym, do którego można przepłynąć dopiero po otrzymaniu wezwania.Bohaterowie historii odczuwają naturalny w tej sytuacji ból, rozpacz, bunt przeciwko stracie, aż następuje pogodzenie z tym, co nieuniknione, a ból zamienia się w tęsknotę.

Śmierć jest jednym z najtrudniejszych tematów, który rodzice, wcześniej czy później, muszą poruszyć ze swoimi dziećmi. Nie można go przemilczeć, bo śmierć jest wpisana w naturę. Cosetta Zanotti mówi o niej w duchu wiary w życie wieczne. Warto zwrócić uwagę na jedność symboliki, pojawiającej się w książce: jest ocean, w którym żyją bohaterowie, i jest „niebieski ocean”, do którego przenoszą się po śmierci. Obydwa światy łączą gwiazdy lśniące na niebie, symbolizujące tych, którzy odeszli. Gwiazda Tatusia już zawsze będzie świeciła nad głowami osieroconych dzieci, symbolizując opiekę zmarłego nad nimi, aż do momentu, gdy i one usłyszą wezwanie i spotkają się z nim osobiście.

„Czy silniejszy zawsze zwycięża?” to historia zaskakującej znajomości dwóch chłopców, którzy z relacji ofiara-kat przeszli do przyjaźni. Punktem wyjścia było spostrzeżenie Dawida, który mimo strachu przed „prawdziwym twardzielem” Szymonem dostrzegł, że obaj są w tej samej sytuacji, obaj są równi, bo żaden z nich nie ma przyjaciół. I tutaj bardzo pomocna była dyskretna pomoc dorosłych. To jest wspólny mianownik całej serii: na dorosłych – rodzicach i nauczycielach – ciąży wielka odpowiedzialność za dzieci. To my musimy wyjasniać, wspierać i zachęcać młodych, a jednocześnie nie chronić ich przesadnie.


Seria „Wielkie problemy naszych dzieci” obejmuje m.in.

Maria Adele Garavaglia, Czy silniejszy zawsze zwycięża?, WAM 2007
Silvia Roncaglia, Dziadek jest chory, WAM 2009
Cosetta Zanotti, gdzie są ci, którzy odeszli na zawsze?, WAM 2010.

niedziela, 29 stycznia 2012

Królowa rymów polskich

Małgorzata Strzałkowska stała się moją idolką, gdy napisała „ABC... Uczę się” - serię książeczek, w każdej zgrabna, rymowana historyjka z przewagą wyrazów na tę samą literę, do tego zestaw dziewięciu części z cyframi, czterech o porach roku, dwie o świętach i kilkanaście innych, których już nie wymienię, bo nasze kolekcjonowanie zakończyło się, nim seria ukazała się do końca – brakło miejsca na półce.

Niedawno Piotruś dostał „Bajki mamy Wrony” z serii „Uczymy się czytać” - część II optymistyczną, bo na wiosnę i lato. Z przyjemnością zaczytałam się w pogodnej historyjce, w której spod ziemi wychynął pierwiosnek i westchnęłam z rozkoszą, czytając o dwóch dziewczynkach na plaży. Założeniem wydawcy było przygotowanie 26 opowiastek na każdy tydzień wiosny i lata, tymczasem Piotruś pochłonął książkę w dwa wieczory, a potem opowiadał przejęty poszczególne historyjki.

I tu trzeba przedstawić kolejny dowód mistrzostwa pani Strzałkowskiej: Historyjki są rekomendowane dla dzieci uczących się czytać, dlatego są napisane przy użyciu tylko 23 liter. W tekstach pojawiają się obrazki, które zastępują słowa z ortograficznymi zagwozdkami. Bardzo sympatyczna całość, zilustrowana przez Jonę Jung, którą znamy i lubimy m.in. z ilustracji w „Świerszczyku”.

Ps. Jeśli chcecie trzymać się kolejności, to sięgnijcie najpierw po „Bajki krasnoludka Bajkodłubka”, czytanki na jesień i zimę. Ja na razie nie sięgam, w aktualnej sytuacji pogodowej nie będę się dobijać.

Małgorzata Strzałkowska, Bajki mamy Wrony, seria Uczymy się czytać, Bajka 2010.

piątek, 13 stycznia 2012

Niedźwiedź o sobie

Marka Niedźwieckiego uwielbiam od lat. Listy Przebojów Trójki zaczęłam słuchać regularnie w czasach szkoły średniej, kiedy w domu pojawiło się radio z ukaefem. Stare nie odbierało ukaefu, Tata twierdził, że to pobliska Góra Panieńska zatrzymuje fale radiowe (zatrzymywała też fale telewizji czeskiej, którą znajomi po drugiej strony góry odbierali, a my nie). Nowe pojawiło się, kiedy Tata wyjechał do pracy w Austrii i przywiózł stamtąd cudnego, dwukasetowego „jamnika” z radiem.

Naciskało się „eject” i kieszonka otwierała się powoli, a z wnętrza wydobywał się zapach luksusu. Do dziś mam dreszcze na samo wspomnienie. W erze sprzed „jamnika” moje spotkania z Trójką były okazjonalne, a dochodziło do nich w wakacje i ferie, gdy wyjeżdżaliśmy do kuzynki i kuzyna do Jasła. Mieli fantastycznego kasprzaka.

Początki słuchania Trójki, która wtedy oznaczała dla mnie przede wszystkim Listę Przebojów Niedźwieckiego, zbiegły się w moim życiu z okresem egzaltacji właściwej nastoletnim panienkom: pisałam pamiętniki, wiersze, słuchałam nastrojowych piosenek, kochałam się ciągle w kimś innym, pieczołowicie dbając, by obiekt fascynacji przypadkiem się o tym nie dowiedział, a także przyjaźniłam się na śmierć i życie z Danusią i Moniką. Niech mi zostanie wybaczone, to co teraz napiszę, bo zamierzam Wam wyznać, jaką to dedykację dla moich przyjaciółek przeczytał na antenie Marek Niedźwiecki. Otóż brzmiała ona mniej więcej tak: „Niedźwiedziu kochany, zadedykuj ode mnie piosenkę >>Cisza jak ta<< Danusi i Monice, bo ja je kocham jak Irlandię”.

Piosenka Kobranocki była dla nas niesłychanie ważna, oznaczała... No właśnie do dziś nie bardzo wiem, co ona oznaczała, o co chodziło z tym kochaniem jak Irlandię? Że daleko? Ale zwrot „Kocham cię jak Irlandię” w naszym słowniku wychodził poza ramy zakochania w chłopaku. To było... hm... Zresztą, kto to wie, o co chodzi nastoletnim panienkom.

Ten przydługi wstęp piszę po to, żeby uzmysłowić Państwu, jak ważną personą był dla mnie Marek Niedźwiecki. Uwielbiałam jego głos i jego żarciki (Lajonel Ryczy), przekomarzanki z Helen. Koleżanka, z którą mieszkałam w akademiku, opowiadała, jak pewnego razu słuchała w Trójce zespołu Chicago.

- O, czikago – powiedziała do siostry.
- Nie mówi się czikago, ale szikago – powiedział w tym momencie Niedźwiecki, a ona prawie zawału dostała.

Oczywiste było dla mnie, że książkę Niedźwieckiego przeczytam. Że akurat zbliżały się święta, to złożyłam stosowne zapotrzebowanie i znalazłam ją pod choinką. Powzdychałam, patrząc na okładkę, bo posiwiał nasz Mareczek bardzo, ale jeszcze bardziej interesujący się zrobił (uwielbiam siwych facetów, każdy siwy włos na głowie Męża witam radosnym pomrukiem). Otworzyłam, dzieci zawołały, więc odłożyłam...

Po chwili wracam, a Piotruś ją przegląda.

- O, pan Marek Niedźwiecki! - zauważa radośnie – mogę obejrzeć? Tu ładne zdjęcia są.

Poszedł do siebie. Za chwilę słyszę ryk i kwik, przybiega do mnie zachłystując się śmiechem. I czyta: „Wtedy nie znosiłem tych swetrów, tak jak kotletów mielonych z przedszkolnej stołówki. Chowałem je do kieszeni w spodniach i rozpaćkane zanosiłem do domu.”

- Oddaj to natychmiast, zdjęcia miałeś oglądać! - wyrywam mu demoralizującą lekturę. Jak tak można było, Panie Marku?! Od razu wizualizuję sobie, jak mama trafia na tę miesną breję przed praniem, od razu obsadzam siebie na jej miejscu, błeeeee. Ja się bulwersuję, a Piotrek, zataczając się ze śmiechu, wykrzykuje:

- Rozpaćkane, rozpaćkane, rozpaćkane!...

Nieubłaganie nadszedł czas na konkrety, czyli już bez kręcenia i zabawiania Państwa historyjkami muszę powiedzieć, czy książka mi się podobała, czy nie. Otóż, z całym szacunkiem dla Pana Marka, nie. Jest przeraźliwie smętna – nawet nie nudna, nie smutna, ale smętna. Ma bardzo ładne, ciepłe fragmenty, jak te o rodzicach, a szczególnie ojcu, rzeźniku z miękkim sercem, o słuchaniu radia w Szadku, ale zostało mi po niej wrażenie smętności.
Ma też tragicznie niedopracowane kawałki, czy leciał z nimi redaktor? Nawet dwóch, sądząc ze stopki, tymczasem weźmy rozdział zatytułowany „W Zduńskiej Woli. Cała klasa głosuje, a ja mówię na co”. Najpierw powyższy tytuł, później „kartka z pamiętnika”, na której stoi: „16 grudnia 1971. Cała klasa głosuje na „Listę Studia Rytm”, a ja rozdaję wszystkim kartki pocztowe i mówię, na co mają głosować”, a na następnej stronie: „Wymienialiśmy się płytami i wypełnialiśmy kartki do głosowania na „Listę przebojów Studia Rytm”. Dodam, że to ja instruowałem koleżanki i kolegów, na który utwór mają oddać głos.” Litości, naprawdę nie trzeba mi powtarzać jednej informacji trzy razy w tym samym rozdziale!

Marek Niedźwiecki, którego znam z anteny, to pasjonat muzyki, dowcipny i błyskotliwy. Marek Niedźwiecki z książki to smutny, samotny facet, którego ktoś namówił na opowiedzenie o  samotności, a on się zmusił i nie bardzo to wyszło.

Ale i tak kocham Pana, Panie Marku :-)

Marek Niedźwiecki, Nie wierzę w życie pozaradiowe, Agora 2011

środa, 7 grudnia 2011

Wymarzone prezenty książkowe

Kochani,
czy Mikołaj przyniósł Wam jakieś książki? a może Aniołek przyniesie pod choinkę? O czym marzycie, do czego wyciągają się Wam ręce, gdy wchodzicie do księgarni, co macie odłożone w przechowalni w Merlinie?

Porozmawiajmy o książkach.

Dostałam od Mikołaja nowego Hołownię w duecie z Prokopem. Mąż, który czyta tylko literaturę fachową, wczoraj podprowadził mi tomiszcze i zatonął w lekturze! Co więcej, po skończeniu rozdziału chciał ze mną o tym rozmawiać! Pienia anielskie się nade mną rozległy, bo to zdarzyło się  pierwszy raz! Zawsze marzyłam o pasjonujących dyskusjach z mężem o literaturze, ale nigdy nie czytaliśmy tych samych pozycji. Może dlatego, że w czytywanych przez niego siedmiusetstronicowych księgach pt. "Red Hat Enterprise Linux 5. Administration" było za dużo akcji i nie mogłam tego ogarnąć ;-)

Mam nadzieję, że tak mu zostanie :-)

niedziela, 27 listopada 2011

Znacie? To przeczytajcie

Kubusia Puchatka znają dzieci na całym świecie. Wiele z nich, a wśród nich i moje, poznały misia o bardzo małym rozumku za pośrednictwem Walta Disneya. Szczęśliwie zaczęliśmy nie od niedzielnych wieczorynek ze współczesną animacją, ale od kanonicznej ekranizacji, w której tytułową piosenkę śpiewa Anna (jeszcze bez Marii) Jopek. W czołówce występuje tam pokój Krzysia i miałam okazję wyjaśnić chłopcom, kim był Krzyś i jaką rolę w całej sprawie odegrał Alan Aleksander Milne.

I tak ziarno zostało rzucone. Czytaliśmy kolorowe disneyowskie książeczki o przygodach Puchatka i jego przyjaciół („Puchatek hoduje dynię”, „Tygrys wygrywa”), ale wciąż krążyliśmy wokół klasyki. Wśród bajek do wyświetlania na rzutniku ania, które przywiozłam z rodzinnego domu, znalazły się się przygody Kubusia Puchatka i choć były znane chłopcom z filmu, słuchali i patrzyli z uwagą.

Niedawno przywiozłam od rodziców moje własne pożółkłe, rozpadające się egzemplarze „Kubusia Puchatka” (1980) i „Chatki Puchatka” (1983) w przekładzie Ireny Tuwim, siostry Juliana. Urocze i cudne, zabawne i ujmujące, myślałam z uśmiechem, delikatnie przerzucając sfatygowane kartki, ale historyjki dobrze znane, przecież nie będą chcieli tego słuchać.

I jakże się myliłam! W niedzielę przed Wszystkimi Świętymi planowaliśmy wyjazd do rodziny, ale Piotruś nagle poczuł się źle i pojechał do Rygi, więc z wizytą udał się Mąż z Michasiem, a ja zostałam opiekować się słabującym. Kiedy poczuł się lepiej, było późne, pochmurne popołudnie, kaloryfery grzały, miętowa herbata parowała, lampka przy łóżku tworzyła miły klimat, do szczęścia brakowało tylko książki. Wzięłam do ręki „Kubusia” i już po chwili Piotruś pękał ze śmiechu. Konkretnie zaczął pękać w rozdziale III, gdy doszliśmy do dziadka Prosiaczka, który – wedle relacji potomka – nosił imiona Wstęp Bronisław, gdyż przy posesji znajdował się kawałek deski z napisem „WSTĘP BRON”. Kolejnym miejscem, w którym Piotruś pokładał się w pościeli, był rozdział IV, w którym dowiadujemy się, jaki napis umieszczony był na drzwiach domu Sowy, wyposażonego zarówno w kołatkę jak i dzwonek: „PRO SZE ZWONIDŹ JEŹLIKTO HCE PO RADY. PROSZE PÓKADŹ JEŹLIKTO NECHCEPO PORADY.” A już w rozdziale VI czekała kolejna gratka: napis, który sowa wykaligrafowała na baryłeczce dla Kłapouchego: „Z PĄWIĄSZOWANIEM URORURODZIURODZIN”.

Piotruś czytał te fragmenty wielekroć, za każdym razem pokładając się ze śmiechu, zaznaczył je i wracał często, obowiązkowo czytając wszystkim, którzy nawinęli mu się pod rękę, ze szczególnym uwzględnieniem ojca i matki. Co więcej, przed chwilą zauważyłam, że wyłuskał podobne perełki również w „Chatce Puchatka”, bo i tam powklejane są karteczki (wiadomość, którą Krzyś zostawił na drzwiach brzmiała: „WY SZEDŁEMK ZA JENTYK”). Jak widać, biorą go żarciki lingwistyczne. Moja krew! Jestem zauroczona subtelnym humorem tej książki i myślę, że wiele rzeczy umknęło mi, gdy czytałam ją jako dziecko.

Zdarza się, że książki czytane ponownie po latach bezpowrotnie tracą urok. Nie dotyczy to „Kubusia Puchatka”, który jest ponadczasowy i – jeśli można przyrównać książkę dla dzieci do trunku – jak wino. Sięgnijcie koniecznie, nie pożałujecie.

A.A. Milne, Kubuś Puchatek, tłum. Irena Tuwim, Nasza Księgarnia 1980.

czwartek, 24 listopada 2011

Moje nowe życie książkowe

Tydzień temu zapisałam się do biblioteki. Dlaczego dopiero teraz? Złożyło się na to kilka czynników. 

Zaraz po studiach przestałam bywać w bibliotekach i czytelniach, bo miałam przesyt, ostatnie dni pisania pracy magisterskiej dały mi w kość. Nie znaczy to, że przestałam czytać – do dziś pamiętam euforyczne uczucie po obronie, że wreszcie mogę czytać książki tylko dla przyjemności! W pracy zajmowałam się serwisem o książkach, więc nowości miałam pod ręką. Kiedy zajmowałam się recenzjami, już z pozycji wolnego strzelca, też nie narzekałam na brak świeżynek. Poza tym dzieci małe, do biblioteki daleko, terminów trzeba by się trzymać... Od czasu do czasu coś kupiłam, upychając dyskretnie na półkach, żeby nie drażnić Męża, który uznaje książki tylko w wersji elektronicznej, bo nie ważą, nie kurzą się i zajmują parę MB. Ale ostatnio źródełko wyschło, miejsce na półkach się skończyło, a w ramach gwoździa do trumny wystąpił kurier, który przyszedł z paczką z Merlina akurat gdy Mąż był w domu. Jego spojrzenia długo nie zapomnę...

W tej sytuacji zapisałam się do najbliższej biblioteki, skromnej filii na skromnym osiedlu. Weszłam... i zachwyciłam się. Uwielbiam biblioteki i naprawdę nie wiem, jakim cudem wytrzymałam tyle lat bez tego klimatu. W podstawówce razem z koleżanką Renią spędzałyśmy przerwy w szkolnej bibliotece. Wchodziło się w inny świat, hałaśliwy korytarz zostawał za drzwiami. W bibliotece rządziła Pani Leokadia zwana Lidzią. W kątku z tyłu stał stoliczek, przy nim dwa wysiedziane fotele, na stoliczku zawsze szklanki z kawą i małe radio nastawione na Trójkę. Często przesiadywał tam nasz Wychowawca i Pani od chemii, wszyscy troje palili jak smoki, więc zapach starych książek mieszał się z zapachem kawy i papierosów. Dziś nie do pomyślenia. Papierosy! W szkole! W bibliotece! Pożar! BHP! Palenie zabija!

Pani Lidzia miała do nas stosunek ambiwalentny. Chyba nas lubiła, choć trochę denerwowałyśmy ją nieustannym kręceniem się jej pod nogami. Wpadałyśmy do biblioteki nim przebrzmiał dzwonek na przerwę i opuszczałyśmy ją z ociąganiem gdy już wybrzmiał ten wzywający na lekcję. Przychodziłyśmy po lekcjach i kiedy Pani Lidzia miała nas już dość, machała niecierpliwie rękami mawiając „idźcie wy już do mamy na pierogi”.

Pozwalała nam, dumnym i bladym z tego powodu, wypożyczać książki innym uczniom. Z namaszczeniem wyjmowałyśmy kartę czytelnika, wkładałyśmy do jej kieszonki kartę katalogową wyjętą z książki, wprowadzałyśmy do katalogu nowe pozycje i wąchałyśmy, wąchałyśmy, wąchałyśmy...

Pewnego razu cała szkoła brała udział w konkursie czytelniczym, która klasa przeczyta więcej książek. Ponieważ miałyśmy nieosiągalny dla szaraczków dostęp do bibliotecznych półek, wpisywałyśmy sobie do kart niby wypożyczone pozycje, które de facto nawet nie opuszczały progów biblioteki. Po kilku dniach odnotowywałyśmy zwrot i tym sposobem liczba przeczytanych książek rosła migiem. Pani Lidzia przejrzała nasze oszustwo. Ale się na nas złościła!

W książce, którą dostałam od niej na zakończenie szkoły, było napisane: „za pomaganie i przeszkadzanie....”

Biblioteka, do której się zapisałam, ma cudowny, biblioteczny klimat. Archetypiczna Pani Bibliotekarka cierpliwie tłumaczyła mi, w jaki sposób mogę korzystać z elektronicznego katalogu, pouczała o prawach i obowiązkach czytelniczych, z zaangażowaniem sprawdzała, w której filii dostanę Hołownię. Dopytałam, czy dzieci mają własne karty, przecież muszę zaprowadzić tam chłopców. U nich w pokoju też półek na książki już brakuje.

Przy pierwszej wizycie pożyczyłam „Dzidzię” Sylwii Chutnik i „Chaszcze” Jana Grzegorczyka. Przeczytałam, oddam i pożyczę następne. Wilk będzie syty literatury i owca małżeńskiej harmonii cała. Układ idealny :-)