poniedziałek, 16 marca 2015

Sir Terry Pratchett, thank you and see you later!

12 marca 2015 Facebook, blogi książkowe, portale i resztę świata obiegła informacja o śmierci twórcy Świata Dysku, który od lat bawił czytelników każdą nową powieścią. Smutno mi na myśl, że już nie będzie nowych przygód sierżanta Marchewy, magów z Niewidocznego Uniwersytetu ani cudownych czarownic.


 Właśnie od czarownic zaczęła się moja przygoda z Pratchettem. Mieszkałam wtedy z Moniką, od której pożyczyłam „Trzy wiedźmy”. Jest to dla mnie tak doskonała książka, że każdą kolejną powieść Pratchetta porównywałam do niej i żałowałam, iż nie znalazły się w niej Niania Ogg i Babcia Weatherwax. Z czasem przywykłam, że nie mogą być wszędzie (a szkoda, bo jako wiedźmy chyba mogłyby), lubię inne powieści ze Świata Dysku, uwielbiam innych bohaterów (Śmierć!), ale te z czarownicami cenię najbardziej.

Nie raz i nie dwa płakałam ze śmiechu nad perypetiami bohaterów, nad genialnymi konstatacjami na temat ludzi i świata, nad kapitalnymi przeniesieniami do Świata Dysku elementów z naszych realiów (towarzystwo ubezpieczeniowe, poczta). I to wszystko napisane tak, że zazdrość bierze. Jestem przekonana, że do sukcesu Pratchetta na polskim rynku przyczynił się tłumacz, genialny Piotr Cholewa.

Od czasów pierwszej lektury „Trzech wiedźm” marzyłam, że kiedyś ustawię na półce wszystkie powieści ze Świata Dysku. Sprawy się nieco skomplikowały, odkąd 6 grudnia św. Mikołaj przyniósł mi Kindle, bo „W północ się odzieję” postawiłam już na wirtualnej półce.


Piękne epitafium napisała Pratchettowi Asia. Dokładam do tego jedno zdanie: dziękuję za radość, którą dają mi Pańskie książki.

poniedziałek, 9 marca 2015

Maja w Krainie Czarów

„Tuczarnia motyli” Marcina Szczygielskiego, powieść o przygodach ośmioletniej Mai w obliczu śniegowego kataklizmu na miarę zimy stulecia z 1979 r., to druga część „Czarownicy piętro niżej”. Jakoś rozminęłam się z „Czarownicą”, ale na szczęście „Tuczarnia” trafiła w moje ręce.


Skąd to szczęście? Z przyjemności lektury, naturalnie. Bardzo lubię książki dla dzieci, w których opisana historia zaskakuje i przykuwa moją uwagę (książki dla dzieci to w ogóle jedna z jaśniejszych stron bycia matką). A ta, którą stworzył Marcin Szczygielski, to majstersztyk!

Historia zaczyna się zwyczajnie, od śniegu, który ku uciesze wszystkich wreszcie zaczął padać w drugi dzień Bożego Narodzenia. Ale to jedyna zwyczajna rzecz w powieści (choć nie, bardzo zwyczajna jest jeszcze rodzina Mai: mama, tata i malutka siostra, i zwyczajne są ich problemy, a szczególnie problem Majki, która bardzo chciała być starsza, aż odkryła, że z byciem dużą nie wiążą się spodziewane profity, a same udręki, obowiązki i zakazy). Wraz z rozwojem akcji fabuła staje się coraz bardziej baśniowa i niesamowita.

Klimat powieści jest jak z „Alicji w Krainie Czarów”, urzekły mnie: kapitalnie poprowadzona akcja, wysmakowane zabiegi fabularne, liczne odniesienia do historii, piękna polszczyzna Szczygielskiego oraz intrygujące rysunki Magdy Wosik. Maja idzie tropem rodzinnej tajemnicy, odkrywa kolejny fragment zagadki zniknięcia Niny, a przy okazji przeżywa niesamowite przygody, niesie pomoc potrzebującym i dokonuje politycznego przewrotu w świecie motyli i motylołaków.

Książka jest idealna do wspólnego czytania przez rodziców i dzieci, dla obydwu stron będzie to duża frajda. Miejscami bardzo dowcipna, skłania też do refleksji nad ludzkim postępowaniem. Części aluzji i motywów dzieci, szczególnie młodsze, nie zrozumieją bez pomocy dorosłych, ale nawet bez wiedzy historycznej lektura będzie dla nich dużą przyjemnością. Nie będzie przesady w stwierdzeniu, że powieść Szczygielskiego może stać się punktem wyjścia do poważnych rodzinnych rozmów o świecie, historii i polityce.

Bardzo polecam!

Marcin Szczygielski, Tuczarnia motyli, Wydawnictwo Bajka 2014.

poniedziałek, 2 marca 2015

Czarne kontra czerwone

Przy każdej wizycie w domu rodzinnym nagle i niepostrzeżenie wchodzi mi w ręce jakaś książka. Wybór jest ogromny, bo moi Rodzice mają biblioteczkę z marzeń: cała ściana w jednym pokoju jest zastawiona półkami z książkami. Przechodzę przez pokój, a tu WTEM! I już trzymam...

Tym razem był to zbiór „Don Camillo”, kapitalne opowiadania o perypetiach krewkiego proboszcza Don Camillo i jego oponenta, wójta-komunisty Peppone. Obaj są dobrymi ludźmi i chcą przychylić nieba mieszkańcom miasteczka, ale z racji różnić światopoglądowych ścierają się na każdym kroku.


Fantastyczna lektura. Lekka, dowcipna, wzruszająca. Po latach nie traci nic ze swojego uroku. Czytałam ją wiele lat temu, a teraz – siedząc na dywanie i jednym okiem śledząc Wojtusia przeglądającego się w lustrze na przesuwanych drzwiach szafy w sypialni Rodziców, tego samego lustra, które oklepywali już wcześniej Piotruś i Michaś (Piotrusia oklepywanie zostało nawet uwiecznione na taśmie filmowej; było to zaraz po zakupie kamery, więc mamy jakąś godzinę filmu, na którym Piotruś: 1. liże lustro, 2. pohukuje do lutra 3. patrzy w lustro).

Doskonałe są rozmowy księżula z Ukrzyżowanym. Chrystus łagodnie mitygował krewkiego sługę, który stale próbował coś kręcić, niepomny na Jezusową wszechwiedzę. Utarczki z wójtem są kapitalne. Uwielbiam scenę z poprawianiem przemówienia wójta z okazji wygranych wyborów: poproszony o pomoc proboszcz dopisał do tekstu wójtowskich obietnic remont dzwonnicy i z powagą oznajmił zdziwionemu Peppone, że jest to kwestia składni.

Don Camillo już zawsze będzie miał dla mnie twarz Fernandela, bo oglądałam czarno-białe ekranizacje na video w salce parafialnej w ramach katechezy przed bierzmowaniem (po latach wspominam ze zdumieniem, że tłoczyła się nas w tej salce gdzieś setka, telewizor był taki, jak wtedy były telewizory, czyli żadne tam 50 cali HD-3D, ryczał na cały regulator, żeby było dobrze słychać, a te filmowe seanse były dla nas wielką atrakcją).

Kiedy szukałam w sieci okładki tego wydania, które stoi na półce w domu moich Rodziców,  trafiłam na opinie, że „przypomina serial Ranczo”. Rozbawiło mnie to porównanie, bo Guareschi napisał swój cykl opowiadań w latach czterdziestych, tuż po II wojnie światowej, ale niewątpliwie łączy je osnucie fabuły na motywie konfrontacji wójta i plebana.

Jak opowiada autor we wstępie, pierwsze opowiadanie z cyklu powstało w zasadzie przez przypadek, kiedy jak zwykle zwlekając z oddaniem tekstów do ostatniej chwili, musiał wymyślić coś na gorąco. Uwielbiam te opowieści o przypadkowym powstawaniu dzieł robiących furorę :-) Ale niechby i przypadek, grunt, że tak ładnie się rozkręciło i od tylu już lat niezmiennie bawi czytelników.


Giovannino Guareschi, Don Camillo, Instytut Wydawniczy PAX 1990.

piątek, 27 lutego 2015

Nowe wydania starych bajeczek

Klasyka literatury dla dzieci wydawna jest chętnie i najczęściej byle jak. Chwalebnym wyjątkiem jest opisywana tu niedawno seria "Cacko z dziurką" wydawnictwa Bajka. Ale dzisiaj nie o tym.

Nie będę się znęcać nad szpetotą tanich wydań, takich jak produkcje wydawnictwa EM, bo ich zaletą jest cena (ok. 4 zł) i powszechna dostępność (do kupienia w każdym kiosku Ruchu), co jest szalenie ważne wobec kryzysu czytelnictwa i faktu, że ludzie wolą kupić dziecku kawałek plastiku niż książeczkę. Pewnie, że lepiej byłoby kupić piękną ksiażeczkę, ale lepsza tania i brzydka niż nic.

Wyczulona jestem na urodę ilustracji, mogłabym o tym długo i gęsto, ale już zmierzam do tematu właściwego niniejszej notki.

Rozbawiło mnie zestawienie tekstu i ilustracji w "Szkolnych przygodach Pimpusia Sadełko":


Myślę, że Konopnicka pisząc tę bajeczkę u progu XX stulecia wyobrażała sobie owe rozkosze zupełnie inaczej :-)))

Inna rzecz jest z "Tygodniem" Brzechwy:


Mąż przeczytał wierszyk Wojtkowi i zadumał się.
- Miałem tę książeczkę w dzieciństwie, ale tam tydzień drapał się po tyłku...

:-)

piątek, 23 stycznia 2015

Powrót Themersonów

Franciszka i Stefan Themersonowie to małżeństwo dwudziestowiecznych artystów-eksperymentatorów. Urodzili się w Polsce i mieszkali tutaj do 1938 r., po wojnie osiedli w Londynie. Mają na koncie wiele wspólnych dokonań filmowych i wydawniczych. Ich książki dla dzieci z lat 30. i 40. przypomina wydawnictwo Widnokrąg.


Stanowili duet niezwykły, awangardowy, ciągle szukający nowych wyzwań artystycznych i nowych środków wyrazu. Zrealizowali siedem filmów, m.in. „Przygodę człowieka poczciwego”, humoreskę irracjonalną, jak sami ją nazwali, z 1937 r., która ocalała jako jedyna z ich pięciu przedwojennych dzieł filmowych. Opowiada o urzędniku, który nagle zaczyna chodzić tyłem i budzi tym powszechną niechęć. Dwa filmy nakręcili w Anglii (w 1943 r. „Calling Mr. Smith”, który miał uświadomić Anglikom, co dzieje się w okupowanej Polsce oraz w 1944 „Oko i ucho”). Razem tworzyli również książki: on pisał, ona je ilustrowała. Wydawali je najpierw w Warszawie, później w Londynie, we własnej oficynie wydawniczej. Pieniądze zarobione na książkach wydawali na produkcję filmów. Byli ze sobą niezwykle zżyci, zmarli jedno po drugim w odstępie trzech miesięcy.

"Był gdzieś haj taki kraj, była gdzieś taka wieś"

Nakładem wydawnictwa Widnokrąg ukazują się reprinty książek Themersonów: „Narodziny liter” z 1931, „Był gdzieś haj taki kraj, była gdzieś taka wieś” z 1947 r., „Poczta”. To bardzo interesujące publikacje, różne od współczesnych książek dla dzieci. Tworzyli je według założenia, że książka ma być przedmiotem sztuki, idealną kompozycją słów i obrazów, mariażem giętkiej polszczyzny i mistrzowskiej typografii. Dlatego swoje książki nazywali „bestlookerami”. Uwagę zwraca oszczędna grafika, która nie przytłacza tekstu, ale doskonale go uzupełnia. O ile w wierszowanej historyjce (właściwie dwóch) „Był gdzieś haj taki kraj...” grafika ilustruje tekst, jak w każdej historyjce dla dzieci, o tyle w „Narodzinach liter” jest niezbędna dla unaocznienia przedstawionych treści – trudno opowiedzieć o piśmie obrazkowym bez obrazków.

"Narodziny liter"
Warto pokazać dzieciom książki Themersonów. To publikacje jedyne w swoim rodzaju.

Stefan i Franciszka Themerson, Był gdzieś haj taki kraj, była gdzieś taka wieś, wydawnictwo Widnokrąg 2013;
Stefan i Franciszka Themerson, Narodziny liter, wydawnictwo Widnokrąg 2014.

czwartek, 22 stycznia 2015

Nazywa się Kazimierz, Miś Kazimierz

Od ponad stu lat klasycznym bohaterem literatury dla dzieci jest miś. Na pewno znacie Kubusia Puchatka, Misia Uszatka i Paddingtona. Paulina Wilk powołała do życia kolejnego misia, który podbija serca dzieci i dorosłych.



Ten miś ma na imię Kazimierz, pewnego dnia uciekł z wielkiego sklepu i spotkał mądrą i wrażliwą Anię. Zaprzyjaźnili się i Ania odkrywa przed Kaziem tajemnice otaczającego świata.

„Przygody Misia Kazimierza” i kolejne dwa tomy to bardzo ciepłe historie o spokojnym rytmie. Jest to doskonała czytanka dla młodszych dzieci, utrzymana w stylu „Misia Uszatka”. Bardzo podobają mi się pełne uroku ilustracje Zosi Dzierżawskiej. Cała szata graficzna z imitującą płótno okleiną grzbietu przypomina tamte wyjątkowe książki, które czytałam w dzieciństwie, takie jak „Pięcioro dzieci i coś”.

Prawdziwa perełka!

Paulina Wilk, Przygody Misia Kazimierza, Wilk&Król Oficyna Wydawnicza 2012

poniedziałek, 19 stycznia 2015

A któż nie miałby fisia na punkcie tego misia!

Czy jest na sali ktoś, kto jeszcze nie zna Paddingtona, młodego niedźwiedzia z najmroczniejszych zakątków Peru, który trafił pod opiekę mieszkających w Londynie państwa Brown?


Jeśli do tej pory nie spotkaliście się z wiecznie umorusanym marmoladą i nieustannie pakującym się w kłopoty misiem, macie okazję nadrobić braki za sprawą wydawnictwa Znak, które z okazji premiery filmu o Paddingtonie wydało trzy zbiory opowiadań w jednym tomie.

Przygody Paddingtona są urocze, zawsze sięgam po nie z dużą przyjemnością i zaśmiewamy się z nich całą rodziną. To jedna z bardzo nielicznych książek, przy których śmieję się, aż ciekną mi łzy. Żadna książka dla dorosłych nie ma nade mną takiej władzy.

Czasami myślę, że chciałabym mieć tyle cierpliwości do swoich dzieci, ile do niedźwiedzia mają państwo Brown. Ale do tego trzeba by mieć wrodzoną angielską flegmę.


Michael Bond, Paddington, ZNAK emotikon 2014