niedziela, 14 lutego 2016

O króliku, którzy przyjaźnił się z Chopinem

Ciepła, wzruszająca baśń o pięknie muzyki i mocy przyjaźni.

Pewien królik imieniem Ismael, najbystrzejszy wśród piędziesięciorga trojga dzieci najmądrzejszego na świecie królika Maltese, mieszkał w lesie w pobliżu posiadłości George Sand, w której spędzał zimę bardzo już chory Fryderyk Chopin. Ojciec nauczył Ismaela rzeczy przydatnych w króliczym życiu: jak przetrwać w lesie, jak unikać zagrożeń, jak zbudowac norę, ale nauczył go także rzeczy niezwykłych: rozumienia ludzkiej mowy i pisania. Powiedział mu, że najlepszą rzeczą, do jakiej zdolni są ludzie, jest muzyka. Oczarowany muzyką polskiego pianisty dziki królik co wieczór przychodził posłuchać niezwykłej gry, aż zaprzyjaźnił się z Chopinem.

Baśniowa historia. A w baśniach wszystko jest możliwe.

Miguel Sousa Tavares, Królik i Chopin, Wydawnictwo Rea-SJ 2015

piątek, 12 lutego 2016

Nadciąga koszmarny cwaniaczek Jędrek!

Wielbiciele Koszmarnego Karolka i “Dziennika cwaniaczka” będą zachwyceni: twórcy Jeża Jerzego napisali książkę ze wstawkami komiksowymi. 


Wartka akcja, wciagająca fabuła, dużo śmiechu. W "Przeparszam, czy tu borują?" mama Jędrka, która jest policyjnym detektywem, tropi złodziei brylantów, a Jędrek tropi nową dentystkę, która, choć oszałamiająca, wydaje mu się bardzo podejrzana. W tomie "Gdzie moja forsa" bohater wpada w finansowe tarapaty i próbując się  z nich wygrzebać, grzęźnie jeszcze bardziej.

Zabawne historie, które przykują uwagę każdego kilkuletniego czytelnika.

Rafał Skarżycki i Tomasz Lew Leśniak, Hej, Jędrek!, Przepraszam czy tu borują?; Gdzie moja forsa?, Nasza Księgarnia 2015

środa, 10 lutego 2016

Książka, przy której ściska się serce. Wiele razy.

Doskonała książka, świetnie napisana, z wciągającą i przejmującą fabułą. 

Oto kraina umarłych zwierząt, która jest czymś w rodzaju poczekalni do raju, azylem, w którym mogą odpocząć po ziemskiej niedoli i - jeśli chcą - wrócić do świata żywych. Nie słyszano, by jakiekolwiek zwierzę wróciło na ziemię, tym bardziej, że powrót jest możliwy wyłącznie w ciele człowieka. Do tego świata trafia pewnego dnia ludzkie niemowlę. Żywe niemowlę.

Co się z nim stanie? Jak potraktują go zwierzęta, które doświadczyły od ludzi niewyobrażalnego okrucieństwa?

Jeśli nie chcecie, by wasze dziecko zostało po lekturze wegetarianinem, lepiej nie kupujcie mu tej książki. Jest taka scena, w której narrator opowiada o wieprzu: “Nie strach był najgorszy, bo z wiekiem się nauczył, że jeśli coś ma się zdarzyć, to i tak się zdarzy (...) Ale nigdy nie zdradzi, co czuł, okłamując własne dzieci - kiedy zapewniał, że człowiek ładuje je na platformę samochodu, bo powiało wiosną i przejażdżka dobrze malcom zrobi”. Serce mi się ścisnęło.

Książka zawiera bardzo drastyczne opisy znęcania się nad zwierzętami. Zdecydowanie nie dla małych dzieci, ale starszym przyda się brutalne uświadomienie, że zwierzę nie jest rzeczą, lecz żywą, czującą istotą.

Miasteczko Ostatnich Westchnień, Grzegorz Gortat, Ezop 2015

wtorek, 9 lutego 2016

Najbardziej obrzydliwa książka roku

To zdecydowanie najbardziej obrzydliwa książka, jaką ostatnio miałam w ręku. Już sam tytuł budzi skrajne odczucia: zachwyt młodszych i zgorszenie starszych czytelników. A potem jest już tylko... lepiej. Jednak nie czytajcie tej książki (ani tej recenzji) przy jedzeniu.

 
Na widok tej książki kilkulatkom oczy rozbłyskują. Mam synów, synowie mają kolegów i każdy, kto przewinął się przez nasz dom w ostatnim czasie i zauważył „Beki, smarki i pierdy”, rzucał się na nie z dzikim chichotem, który jednak cichł stopniowo, w miarę jak chłopak zaczytywał się i dowiadywał wielu interesujących rzeczy. I ciężko było mu się oderwać. Jeden z kolegów mojego drugoklasisty tak się wciągnął w lekturę, że zbył mruknięciem propozycję pojedynku na miecze świetlne. A to już dowód, że książka ma moc.

Zawartość merytoryczna jest bardzo pożyteczna. Dotyczy spraw, o których często nawet dorośli mają mgliste pojęcie, nie mówiąc o tym, że niewielu ma ochotę w ogóle o tych sprawach rozmawiać. A to sama natura. Oprócz ciekawostek, które są tylko radującymi małolaty anegdotkami (żyjący w XIX wieku artysta-pierdysta wypuszczanym z odbytu powietrzem gasił świeczki i wypierdywał różne melodie, a rekordowa kupa miała 8 metrów długości...), dzieci dowiedzą się wielu bardzo pożytecznych rzeczy, np. o czym świadczy kolor moczu, dlaczego nie należy zjadać gilów i zeskrobywać strupów, a także po co nam ślina i dlaczego się pocimy.

Forma przekazu doskonale trafia do małolatów. Zabawne rysunki, wysuwane elementy, otwierane klapki i modele 3D dodatkowo przykuwają uwagę. Wolałabym, by język tej książki był mniej dosadny, ale jednocześnie obawiam się, że w oczach dzieci straciłaby na atrakcyjności. Nie przypuszczałabym, że kiedykolwiek to napiszę, ale wygląda na to, że pierdy mają magnetyczne właściwości...

Emma Dodson, Beki, smarki, pierdy, czyli co się dzieje w moim ciele, ilustracje Sarah Horne, Muza 2016

poniedziałek, 8 lutego 2016

Kim był? Kim będzie? Tajemnicza historia Meto

Do tej pory ukazały się dwa tomy serii o przygodach Meto, chłopca bez przeszłości, który odkąd pamięta mieszka w Domu. 


Dom to dziwne miejsce, coś w rodzaju domu dziecka dla chłopców, w którym obowiązują bardzo surowe reguły. Należy się im bezwzględnie podporządkować, na niepokornych spadają bardzo surowe kary. Do Domu trafiają mali chłopcy i mieszkają w nim do chwili, gdy dorastają, czego zewnętrzną oznaką jest pęknięcie łóżka, na którym śpią. Wówczas znikają i nikt nie chce powiedzieć, co się z nimi dzieje. Lepiej nie pytać, nie dociekać. Na zwolnione miejsce przychodzi kolejne dziecko.

Meto jest bystrzejszy od innych. Naprowadzony na trop, powoli odkrywa prawdę i postanawia działać. Za wszelką cenę chce odkryć prawdę o tym, kim jest i jak znalazł się w Domu.

To książka o przyjaźni i buncie, o lojalności i odpowiedzialności za innych. To także smutna konstatacja, że hierarchia obowiązuje wszędzie, a wolność ma słony smak. Czy w ogóle istnieje? Czy Meto i jego przyjaciele mają szansę na normalne życie? Kolejne wydarzenia wcale na to nie wskazują...

Bardzo jestem ciekawa kolejnego tomu, szalenie intrygująca historia.

Yves Grevet, Meto, Wydawnictwo Dwie Siostry 2015

środa, 20 stycznia 2016

O Bożym Narodzeniu dla najmłodszych

Trwa jeszcze sezon okołobożonarodzeniowy, z domów i mieszkań nie znikły jeszcze świąteczne dekoracje, więc na czasie jest opowiedzenie Wam o książeczce, która rekomenduje Wojtuś. Jeśli tylko zobaczy ją, natychmiast bierze do ręki i przynosi z prośbą, by mu przeczytać.


W domu znamy ją na pamięć chyba wszyscy. Recytujemy kolejne strofy napisane zgrabnym ośmiozgłoskowcem, nie zwracając uwagi na aktualnie otwartą stronę, bowiem Wojtuś przewraca je bardzo szybko. Na dłużej koncentruje się na tych, na których są narysowane zwierzątka: kotek (miau), myszka (pipipi), całe towarzystwo zgromadzone przy żłóbku oraz (już w Nazarecie) gołębie, kury i kozy. Czytający musi nazwać każde zwierzątko oraz wydać stosowny odgłos. Nagromadzenie inwentarza na końcu chroni mnie przed czytaniem ostatniej strofy napisanej, nie wiadomo czemu, terkotliwym dziesięciozgłoskowcem.

Bardzo sympatyczne rysunki, Wojtuś uśmiecha się do nich od ucha do ucha. Sztywne stronice przetrwały już 1500 czytań i wcale nie wyglądają na zużyte.

Bogusław Nosek, ilustracje: Ola Makowska, Boże Narodzenie, Jedność dla dzieci 2015.

czwartek, 7 stycznia 2016

"Ostatnia arystokratka" czyli jak popełnić zbrodnię doskonałą

Myślicie, że to można opatentować? Sposób na zbrodnię doskonałą, podobno niemożliwą do popełnienia? Bo cóż, sama satysfakcja z popularności metody chyba nie będzie mi wystarczać. Zastanawiam się też, jak egzekwować należności. Skąd będę wiedzieć, że to moja metoda zadziałała, a nie że nieudolni śledczy nie wykryli sprawcy? Skomplikowane to wszystko, ale diabeł jak zawsze tkwi w szczegółach, ech.

Może zacznę jednak od opowiedzenia, na czym moja metoda polega. Otóż trzeba doprowadzić delikwenta do takiego stanu, że umrze ze śmiechu. Można to uzyskać poprzez podarowanie mu „Ostatniej arystokratki”. Na miejscu przestępstwa, w pobliżu ofiary policja znajdzie książkę. Przecież nikt nie będzie podejrzewał, że książka, w miękkiej oprawie, dość niegruba, bez śladów roztrzaskania nią głowy denata, może być narzędziem zbrodni. No, chyba że śledczy okaże się miłośnikiem literatury czeskiej i rozwiąże zagadkę. Albo sam umrze ze śmiechu. Albo nastapi cała seria niewyjaśnionych zgonów z „Arystokratką” w tle i nawet nieudolny śledczy się w końcu połapie.

Nie, chyba jednak nie da się popełnić zbrodni doskonałej.

„Ostatnią arystokratkę” polecała Barbarella, królowa blogosfery, moja blogowa guru, w której zaczytana po uszy, w Roku Pańskim 2003 założyłam od-rana-do-wieczora (chciałam, żeby nazywał się od-świtu-do-zmierzchu, ale nie podobał mi się swit bez polskiej czcionki). Kupiłam więc w ciemno. I pewnej soboty, odstawiwszy dziecko na ambitne zajęcia w samym Rynku, usiadłam przy kawie w modnej kawiarni, skończyłam czytać biografię Tuwima autorstwa mariusza Urbanka (doskonała!) i zabrałam się za „Ostatnią arystokratkę”. I już przy drugiej stronie zaczęłam chichotać, kwiczeć, parskać, smarkać i dusić się ze śmiechu. Anglojęzyczna lady, która chwilę wcześniej pytała mnie, czy może zabrać wolne krzesło od mojego stolika, zauważyła, że książka musi być bardzo śmieszna. Ekstremalnie śmieszna, odpowiedziałam, wycierając oczy i nos (jak dobrze, że się nie maluję). Chętnie opowiedziałabym jej, dlaczego, ale bariera językowa szczęśliwie powstrzymała mnie przed tym (próbowałam opowiedzieć Mężowi, ale bulgotanie i paroksyzmy ze śmiechu uczyniły relację całkowicie niezrozumiałą). Tego samego dnia próbowałam ją czytać w poczekalni, wśród rodziców odbierających swoje pociechy z zajęć, ale w kompletnej ciszy i w towarzystwie śmiertelnie poważnych dorosłych czułam się jak kretynka. Przeszłam zatem na lekturę artykułu prasowego po angielsku o facecie, który jeździ po Stanach i wozi z jednego końca na drugi psy, na jednym krańcu niechciane, na drugim adoptowane z radością. Po angielsku dukam straszliwie, więc skupiona maksymalnie nad zrozumieniem treści mogłam robić wrażenie kogoś zrównoważonego.

„Arystokratka” wymiata. Już dawno nic mnie tak nie rozśmieszyło. Mnie w ogóle mało co śmieszy, chyba zwierzałam się wam już z tego, dawno nie trafiłam na film czy książkę, która doprowadziłaby mnie do tarzania się ze śmiechu. Doceniam zatem bardzo „Arystokratkę” i liczę na kontynuacje przygód bohaterów. Ale momencik, zdaje się, że nie wspomniałam o czym książka jest? Przeczytacie sobie w opisie. W każdym razie bardzo polecam.

Ps1. Mam wrażenie, że w tej recenzji zachowałam się jak Waldorff (kończę biografię pióra Urbanka, doskonała!), który ponoć o czymkolwiek pisał, pisał o sobie.

Ps2. Liczyłam, że „Ekożona” Michala Viewegha, reklamowana jako „zabawna powieść (...) rozbawi”, podtrzyma dobrą passę na śmieszne książki, ale nic z tego, nuda i ziew. Książka, która mnie naprawdę rozśmiesza, trafia się rzadko.

Evžen Boček, Ostatnia Arystokratka, wydawnictwo Stara Szkoła 2015