czwartek, 21 kwietnia 2016

Na co Koala nie pozwala?

Jeśli wydaje Ci się, że Koala to taki milusi misiaczek-pysiaczek-przytulaczek, z którym możesz zrobić wszystko, co Ci się żywnie podoba, to Rafał Witek z Emilią Dziubak szybko wyprowadzą Cię z błędu. 


Ta książeczka to jedna z lepszych, jakie ostatnio dostałam do ręki. Wydawnictwo Bajka po raz kolejny udowadnia swoją klasę i styl. Króciutkie rymowane teksty zilustrowane kapitalnymi rysunkami tworzą zabawną, śliczną lekturę dla młodszych i starszych dzieci. Twardość kartek i długość tekstu są idealne dla dwulatka, który głównie przerzuca strony, a dowcip doceni każdy. Pokażcie mi ośmiolatka, który nie roześmieje się przy tych słowach:



Miejscami książka niesie przesłania uniwersalne, np. w tej zwrotce:


„Koalę” można zastąpić „mamusią” i już mamy hasło na makatki, na kubki, koszulki i na wywieszki na drzwi sypialni.

Mam nadzieję, że z czytania „Koali” będziecie mieli tyle radości co ja i moje dzieci :-)

Rafał Witek, Koala nie pozwala!, ilustracje Emilia Dziubak, wydawnictwo Bajka 2016


środa, 20 kwietnia 2016

Czy pamiętasz te książki?

Te książki to perełki. Nie sposób ich przeoczyć na półkach w księgarni. Na pierwszy rzut oka budzą ciepło w sercu, a chwilkę później eksplozję wspomnień. Pamiętam to wydanie! O rany! Też je miałam!...


Miłe wspomnienia osładzają teraźniejszość. Zmęczeni trudnościami, od których niczyje życie nie jest wolne, chętnie wracamy pamięcią do chwil szczęścia i beztroski. Czasem wystarczy drobiazg, by je przywołać. Książka z dzieciństwa to jeden z najmocniejszych magnesów przyciągających dobre wspomnienia. Ożywa w nas nie tylko treść książki, ale atmosfera wokół niej. Może czytała ją dla nas mama, może czytaliśmy ją z przyjacielem, może w domku na drzewie, może byliśmy wtedy zakochani, a może chorzy i opiekowano się nami bardzo troskliwie.

Wydawnictwa wychodzą naprzeciw tym, którzy lubią wspominać dobre chwile z książką sprzed lat (a kto nie lubi?). Wydawnictwo Widnokrąg przypomniało serię książek Stefana i Franciszki Themersonów i „Pucułkę i Pocopotka” Barbary Lewandowskiej, a wydawnictwo Muza wydaje książki z serii „Muzeum Książki Dziecięcej poleca”. To Muzeum istnieje naprawdę, jest działem specjalnym i czytelnią naukową Biblioteki Publicznej m.st. Warszawy. Księgozbiór Muzeum Książki Dziecięcej liczy około 100 tysięcy woluminów. Są to polskie książki dla dzieci wydawane od 1801 roku do czasów najnowszych, polskie czasopisma dla dzieci, wybrane książki i czasopisma obcojęzyczne i inne.

Wydawnictwo Muza od 2013 r. przypomina współczesnym dzieciom wybrane dzieła, w których zaczytywali się ich rodzice i dziadkowie. Zastanawiałam się, kto jest adresatem tej serii – czy bardziej młodsi, czy jednak starsi czytelnicy. Małgorzata Czarzasty, redaktor naczelna wydawnictwa Muza, uważa, że jedni i drudzy:

- Odbiorcami są wszyscy, którzy pragną przekazać dzieciom wartościowe treści, pokazać inną stylistykę i oprawę graficzną niż jakże wszechobecne dzisiaj obłędnie kolorowe, niekoniecznie estetyczne i ładne ilustracje. Do grupy odbiorców zaliczają się dziadkowie i rodzice, którzy pamiętają te książki ze swojej młodości i czasów dzieciństwa i darzą je sentymentem. W końcu kto ma przekazać dzieciom te wartości, którym hołdujemy, czy przypomnieć historie, które nas inspirowały, jak nie rodzice i dziadkowie.

W doborze książek wydawnictwo kierowało się uniwersalnością przesłania i ponadczasowością języka.

- Tworząc serię „Muzeum Książki Dziecięcej poleca”, wychodziliśmy z założenia, że wartości przekazywane w tych historiach nigdy się nie zestarzeją. Za przykład może tu posłużyć „Leonek i lew” Wandy Chotomskiej, w którym jest mowa o poszukiwaniu w sobie prawdziwej odwagi. Ta budująca i dodająca siły opowieść została przetłumaczona na kilkanaście języków, znajdując odbiorców nie tylko u nas. - wyjaśnia Małgorzata Czarzasty.

 - Historyjki o Pannie Kreseczce, choć powstawały wiele lat temu, są ponadczasowe – język, którym zostały napisane, bawi tak jak dowcipy z Kabaretu Starszych Panów. Książka rozwija wyobraźnię, daje mnóstwo tematów do rozmowy z dziećmi, podrzuca pomysły, jak bawić się językiem, wymyślać swoje wierszyki czy słowa. Zresztą pełne humoru, zwariowane teksty Wandy Chotomskiej zawsze będą rozśmieszać i cieszyć, warto, by nasze dzieci je znały. To kanon polskiej poezji dla dzieci.

Książki z serii „Muzeum Książki Dziecięcej poleca” również uczą.

- Z „Przygód kropli wody” dzieci czerpią podstawową wiedzą przyrodniczą. Autorka przedstawia cały obieg wody, wszystkie jej stany skupienia. Po lekturze „Muzykalnego słonia” Wandy Chotomskiej najmłodsi będą znali nie tylko fortepian, gitarę i skrzypce, ale także altówkę, puzon czy fagot. Wspólnie z „Psem z ulicy Bałamutów” maluchy dowiedzą się, jak być bezpiecznym na drodze.

 - Odbiorcami książek z tej serii są więc wszyscy, którym zależy, by dzieci były ciekawe świata, otwarte; przedstawiane tematy pozostają aktualne i potrzebne dzieciom.

Zatem – wielka moc tych książek tkwi w uniwersalnym przesłaniu. Ilustracje to kolejny temat. Czy dzisiaj te książki mogą się podobać pod względem graficznym? Wszak jesteśmy (a szczególnie nasze dzieci) przyzwyczajeni do zupełnie innej stylistyki.

- To prawda, że dzieci są przyzwyczajone do zupełnie innej stylistyki i estetyki, wszędobylskiego różu i błyskotek – przyznaje redaktor naczelna - Nie mówię, że jest to złe, bo dziewczynki lubią błyskotki i każda pewnie przechodzi przez „różowy” okres w swoim życiu, zanim z wiekiem dojdzie do tego, co jest ładne, wartościowe i co lubi najbardziej. Jestem jednak zdania, że nigdy nie jest za późno na zmiany i zawsze warto pokazywać dzieciom różnorodne rzeczy i formy. To daje otwartość myślenia i postrzegania świata.

Warto zapoznać dzieci z klasyką ilustracji.

- W naszych książkach pojawiają się ilustracje jednego z twórców polskiej szkoły plakatu, Jana Lenicy („Cudowna broda Szacha” Anny Świrszczyńskiej, zbiór „Lokomotywa” Juliana Tuwima). Tekstom książek: „Panna Kreseczka”, „Pan Motorek”, „Chodzi mucha po globusie” towarzyszą fantastyczne ilustracje Bohdana Butenki, które jak zwykle zaskakują ponadczasowością stylu. To z kolei kanon ilustracji. Obecne techniki drukarskie pozwalają wzbogacić fakturę okładki. Lakierowane elementy czuć pod palcami i widać pod światło, więc dodajemy w książkach element sensoryczny, przez co działamy na zmysł wzroku i dotyku. Czasem ilustracje pozostają niedopowiedziane, w ten sposób zachęcając dzieci do uruchomienia wyobraźni. Mam nadzieję również, że zapraszają je do podjęcia własnych prób malarskich.

- Podczas targów książki nieraz zdarzyło nam się słyszeć entuzjazm dzieci na widok postaci Pana Motorka czy Panny Kreseczki. Z radością dowiadujemy się, że dzieci rozpoznają już serię i jej bohaterów.

Czy to oznacza, że książki są chętnie kupowane?

- Wręcz zaskoczył nas niezwykle entuzjastyczny odbiór i sprzedaż „Panny Kreseczki” - przyznaje Małgorzata Czarzasty - Tę książkę, jak i „Pana Motorka” szybko wznawialiśmy, mimo dużego pierwszego nakładu. Cieszy nas duże i niesłabnące zainteresowanie „Lokomotywą” czy „Słoniem Trąbalskim” w oryginalnej szacie graficznej. Już widać, że niedługo będziemy je wznawiać.

- Z perspektywy czasu widać, że warto było podjąć próbę przypomnienia czytelnikom tych książek – podsumowuje redaktor naczelna Muzy.

Gratuluję świetnej inicjatywy i czekam na kolejne książki z tej wartościowej serii.

wtorek, 19 kwietnia 2016

Ojciec Leon o zwierzętach

Kto poznał osobiście ojca Leona Knabita, benedyktyna z Tyńca, ten wie, jaki to uroczy gawędziarz. Nakładem wydawnictwa Esprit ukazała się jego gawęda „Dlaczego żyrafa ma długą szyję?”

Nazwałabym tę książeczkę gawędziarskim aneksem do biblijnego opisu stworzenia świata. Ojciec Leon wychodzi od opowieści z Księgi Rodzaju i snuje własne refleksje o naszych braciach mniejszych, opowiada o swoich spotkaniach z wielbłądami, żyrafami, małpami i tygrysami, o psach i kotach, a nawet o myszkach i pająkach. Przytacza anegdotki, żarciki, rymuje. Z min i wyrazów pysków próbuje odczytywać charakter oraz inteligencję zwierzęcia, co może nie zawsze jest najlepszym pomysłem :-)

Sympatyczna książeczka, która przypomina dzieciom, że powinniśmy szanować zwierzęta, bo Pan Bóg kocha każde, nawet najmniejsze z nich (choć ojciec Leon zastanawia się, po co Stwórca powołał do istnienia komary. Już niedługo lato i to pytanie zadawać będzie sobie każdy z nas...)

Ojciec Leon Knabit, „Dlaczego żyrafa ma długą szyję?”, wydawnictwo Espit 2016


Gratka dla moich czytelników!
Dzięki uprzejmości Wydawcy mam dla Was egzemplarz książeczki. Proszę podać w komentarzu do tej notki dwa tytuły innych książek ojca Leona – innych niż „Dlaczego żyrafa...” :-) Kto pierwszy, ten wygrywa.

A kto nie wygra u mnie, ma dodatkową szansę u samego wydawcy:


"Wydawnictwo Esprit zaprasza wszystkie dzieci do wzięcia udziału w konkursie pod hasłem „Jestem przyjacielem zwierząt!”. Do wygrania egzemplarze książki „Dlaczego żyrafa ma długą szyję?” autorstwa o. Leona Knabita z podpisami samego Ojca Leona i... Żyrafy Klary!

Mały Czytelniku! Czy rozczulasz się na widok małego żuczka albo górskiego niedźwiadka? Czy przez całą zimę usychasz z tęsknoty za pięknymi bocianami? Może najlepiej czujesz się w towarzystwie swojego kudłatego psa lub kota? Albo uwielbiasz prowadzić długie rozmowy z mądralińską papugą? Jeśli jesteś przyjacielem zwierząt, a wierzymy, że tak jest, opowiedz nam o tym za pomocą rysunku, wyklejanki lub innej formy plastycznej (jesteśmy otwarci na propozycje!). Nie zapomnij także o przedstawieniu siebie. Zarówno my, jak i Żyrafa Klara, bardzo chcemy Cię poznać!

Konkurs trwa od 18 kwietnia do 6 maja br. Prace plastyczne prosimy przesyłać na adres:
ul. Przewóz 34 lok. 100, 30-716 Kraków. Z nadesłanych prac wspólnie z Klarą wybierzemy dwie, które nagrodzimy książkami! Wyniki ogłosimy 20 maja na naszej stronie na Facebooku.
Powodzenia!"


sobota, 16 kwietnia 2016

Losy brylantowego naszyjnika

Powieść Zenona Gierały to niezwykła podróż w czasie, która urzeka pieczołowitym odtworzeniem dawnych realiów, a opisana w niej historia trzyma w napięciu jak przygody Pana Samochodzika.

Śniatycze, wieś na Lubelszczyźnie, lata 50. XX wieku, grupa chłopców, dla których największym skarbem jest prawdziwy, stalowy haczyk na ryby. Są wśród nich dzieci bogatszych gospodarzy, którzy mają własnego konia, i biedniejszych, którzy wypożyczenie konia odpracowują na roli. Czas upływa w rytmie prac polowych i świąt kościelnych, od poranka do zmroku. Jest czas na szkołę, pracę, chłopięce zabawy i pierwszą miłość, a także niezwykłe przygody, zakończone odnalezieniem prawdziwych skarbów.

Autor opowiedział o życiu wiejskich dzieci sprzed 60 lat, z czasów, gdy na wsi nie było jeszcze elektryczności, zboże koszono ręcznie, a dla ochłody i ugaszenia pragnienia żniwiarze pili wodę ze studni, gdy do Polski trafiały dary „cioci UNRY”, a w szkole karano laniem. Dla naszych dzieci to bardzo egzotyczne realia, dla niektórych z nas dalekie, ledwo uchwytne migawki z dzieciństwa, dla naszych rodziców – opis ich wczesnych lat życia.

Przeczytałam tę powieść z niekłamanym zachwytem, odnajdując w niej moje ulubione detektywistyczne klimaty spod znaku Pana Samochodzika, czy może raczej „Szatana z siódmej klasy”. W opowieść o przygodach Wojtka, błyskotliwego chłopca z ubogiej rodziny, została wpleciona wielka historia – słynna bitwa z Rosjanami pod Komarowem w 1920 roku, którą pamiętają dobrze starsi mieszkańcy wsi. Autor zrobił to bardzo umiejętnie, przykuwając uwagę czytelnika bez zanudzania historycznymi szczegółami. Co więcej: historia na kartach tej powieści nie jest zbiorem suchych dat i faktów, które nikogo nie obchodzą, jest wciąż żywa, jest częścią teraźniejszości Śniatycz. Historia i obrzędowość, oparta na przedziwnej mieszance katolicyzmu i wiary w liczne gusła i zabobony, to dwie drugoplanowe bohaterki powieści.

Książka jest napisana świetnie, czyta się bardzo dobrze i szybko nabiera sympatii do głównego bohatera, kibicując mu w kolejnych przedsięwzięciach. „Tajemnica starej cerkwi” to lektura dla trzech pokoleń.

Zenon Gierała, Tajemnica starej cerkwi, wydawnictwo Jedność 2015

czwartek, 14 kwietnia 2016

Tyle uczuć w małej Myszce!

W jednej z części „Harry'ego Pottera” jest scena, w której Hermiona wyjaśnia Harry'emu i Ronowi uczucia miotające ich koleżanką. Dziewczyna właśnie straciła ukochanego, ale podoba się jej Harry i nie umie tego pogodzić, więc głównie ucieka i płacze.

Trawi ją tęsknota za zmarłym, a jednocześnie radość, że Harry jest blisko, ale z powodu tej radości czuje się jeszcze gorzej, bo przygniata ją poczucie winy, że sprzeniewierza się uczuciu do poprzedniego chłopaka. Taka normalna mieszanka kobiecych uczuć. Chłopcy patrzą na Hermionę z niedowierzaniem, wreszcie Ron mówi coś w stylu: „To niemożliwe, żeby ona to wszystko czuła, przecież tyle uczuć by ją rozsadziło!”

Przytaczam ten fragment (z pamięci), bo przypomniał mi się, kiedy czytałam Wojtusiowi „Myszkę” Doroty Gellner. „Myszka” jest bowiem o uczuciach, które targają malutkim zwierzątkiem i to często są bardzo trudne emocje, takie jak strach, złość czy rozpacz. Myszka przeżywa je wszystkie bardzo silnie, od czubka nosa po koniuszek ogonka – jak każde małe dziecko. Tylko dziecko? A skąd. Dorosłych także porywa fala smutku czy złości, także snujemy się w „zasmuconych kapciuszkach”, płaczemy ze złości, tęsknimy i rozpaczamy.

Bardzo podoba mi się ta książeczka. Jest szalenie ważna, bo uczucia, szczególnie te trudne, odbierane negatywnie, nieakceptowane społecznie, to jedna z ważniejszych rzeczy do przepracowania z dzieckiem, do przepracowania w sobie. Warto poczytać „Myszkę” razem z dzieckiem, nawet całkiem wyrośniętym kilkulatkiem, i opowiedzieć sobie nawzajem: czego się boimy? Co nas złości? Co nas śmieszy? Kiedy się wstydzimy? Kogo i co kochamy tak bardzo, aż promieniejemy?

Przyjęło się, że największą cnotą jest powściągliwość – mityczny złoty środek, praktycznie nieosiągalna równowaga: należy śmiać się półgębkiem, szlochać tylko w poduszkę, nie okazywać „za bardzo”, że się kogoś kocha. Dorosły spontanicznie okazujący, co czuje, jest traktowany jak co najmniej dziwak. Tego wszystkiego uczymy nasze dzieci, a one, na przekór, uczą nas czegoś zupełnie innego: jak śmiać się, to do rozpuku, jak rozpaczać, to do ochrypnięcia i do wylania ostatniej łzy.

„Myszka”, ślicznie zilustrowana przez Dobrosławę Rurańską, powinna stać na każdej dziecięcej półeczce. Polecam Wam serdecznie tę lekturę i okazywanie uczuć :-)

Dorota Gellner, Myszka, ilustracje Dobrosława Rurańska, wydawnictwo Bajka 2016

środa, 13 kwietnia 2016

Tajemnica ostatniego króla Polski

Olaf wpadł w tarapaty na lekcji historii. Za wejście do klasy w mokrych śniegowcach został ukarany mandatem: na następnej lekcji miał przedstawić referat o stroju koronacyjnym Stanisława Augusta.

Lena, wierna siostra bliźniaczka, postanowiła pomóc bratu zdobyć potrzebne informacje i tak zaczęła się ich niezwykła przygoda z historią w tle.

Czego tu nie ma! Zwiedzanie Łazienek w czasie śnieżycy, przy świecach, postaci schodzące z obrazów, tajemniczy zegar, podróż w czasie, odwiedziny na królewskim dworze w pełnych emocji chwilach zagadkowego porwania Stanisława Augusta, a także niezwykle plastyczny i wręcz bijący po... nosie obraz ówczesnej Warszawy, w której nikt nie słyszał o kanalizacji, a nieczystości wylewano wprost do Wisły. Co więcej, okazuje się, że nie tylko Lena i Olaf przenieśli się w czasie: jest tu ktoś, kto chce zmienić bieg historii.

Czy Olafowi uda się powstrzymać zamachowca? Czy zdąży w tydzień rozwiązać zagadkę stroju koronacyjnego ostatniego władcy Polski? Fabuła jest bardzo intrygująca i trzyma w napięciu, a bogactwo historycznych szczegółów wręcz kipi. Podane są w taki sposób, że zapadają w pamięć każdemu czytelnikowi. Sama opowieść o słynnych obiadach czwartkowych godna jest wzmianki: do picia król serwował swoim gościom głównie wodę, a jedynymi kobietami obecnymi na tych spotkaniach były wykute z kamienia Muzy. Złośliwi odnaleźli nawet analogię między obiadami, które były jednymi z ostatnich akordów Rzeczpospolitej, a Ostatnią Wieczerzą,

Warto przeczytać tę książkę dla radości odkrywania sekretów historii, dla delektowania się bardzo plastycznie odtworzoną przeszłością, a także po to, by się przekonać, że historia, często traktowana jako nudny szkolny przedmiot, to w gruncie rzeczy fascynująca opowieść o ludziach takich jak my, żyjących w zupełnie innych czasach.

Michał Wójcik, Porwanie króla czyli Olaf i Lena na tropie, ilustracje Wojciech Ignaciuk, wydawnictwo druganoga 2016

poniedziałek, 4 kwietnia 2016

Co ukraść z muzeum, żeby zaimponować kolegom?

Film „Noc w muzeum” powinien być nakręcony na podstawie tej książki. To dopiero byłby przebój!


Janek założył się z kolegami, że ukradnie coś z Muzeum Narodowego. Wciągnął w to młodszego brata Stefka, który wcale nie miał ochoty, jednak solidarność braterska zwyciężyła. Zaangażował także dziadka, emerytowanego muzealnika, sprzedając mu bajeczkę, jak to chce napisać sensacyjne opowiadanie o nocnym włamaniu do świątyni sztuki. Dziadek, który do tej pory jakoś nie mógł namówić chłopców do zwiedzenia muzeum, zapalił się do pomysłu i opracował szczegółowo plan. W piątkowy wieczór wszyscy trzej ruszyli do akcji...

Nocna przygoda, opisana świetnie, lekko i wciągająco, staje się pretekstem do opowiedzenia o największych skarbach, znajdujących się w zbiorach Muzeum Narodowego w Warszawie. Bohaterami książki autorka uczyniła m.in. „Bitwę pod Grunwaldem” Matejki, cudem uratowaną przed zrabowaniem w czasie II wojny światowej, „Pomarańczarkę” Gierymskiego, która, zaginiona w czasie wojny, dopiero kilka lat temu wróciła do Polski i obrazy Canaletta, które pomogły w odbudowie zrujnowanej stolicy.

Zabawna, trzymająca w napięciu i zaskakująca książka Agaty Loth-Ignaciuk z ilustracjami Bartka Ignaciuka ukazała się nakładem wydawnictwa druganoga. To nowy, obiecujący gracz na rynku wydawniczym. Ich książki są osadzone w historii i sztuce, są też pięknie wydane: reprodukcje dzieł sztuki w połączeniu z komiksowymi ilustracjami dają świetny efekt, przybliżają dzieciom wielką sztukę i zachęcają do zainteresowania się nią.

Polecam wszystkim, którzy interesują się sztuką i tym, którzy chcieliby zainteresować nią młodych czytelników.

Agata Loth-Ignaciuk, Draka w muzeum, ilustracje Bartek Ignaciuk, wydawnictwo druganoga 201
6

sobota, 2 kwietnia 2016

Kim będziesz, gdy dorośniesz?

"Fach, że ach!" to książka, która koniecznie powinna znaleźć się w każdym domu. To prawdziwa encyklopedia zawodów, która na pewno pomoże dziateczkom szczegółowo zaprojektować własną ścieżkę kariery.


Każdy rozdział rozpoczyna się słowami „Możesz pracować...” i roztacza przed oczyma młodego czytelnika szeroki wachlarz możliwości. Możesz pracować na budowie, otworem stoi przed tobą fach betoniarza, hydraulika, montera instalacji centralnego ogrzewania, dekarza i wielu innych. Na zajmującej dwie strony ilustracji dużo się dzieje, można opowiadać sobie, czym zajmują się poszczególne osoby, a na kolejnych dwóch stronach znajdziemy szczegółowy opis wybranych profesji.

Zabawne, urocze ilustracje w połączeniu ze skondensowanymi informacjami na temat poszczególnych zawodów dają porcję solidnej wiedzy o świecie w doskonałej formie. Pozwalają zajrzeć do niedostępnych zwykle miejsc, takich jak biuro zawiadowcy stacji kolejowej, zaplecze teatru, plan filmowy czy pracownie konserwatorów sztuki w muzeum, a nawet do... pokoju nauczycielskiego! Proszę się nie śmiać, pokoje nauczycielskie często są w oczach uczniów twierdzami nie do zdobycia. Kiedy w czasach studenckich odbywałam praktyki w liceum, pewnego razu razem z koleżanką sprawdzałyśmy plan lekcji naszej opiekunki na płachcie rozłożonej w pokoju nauczycielskim.

- Ten plan lekcji jest taki sam jak na korytarzu! - usłyszałyśmy nagle gniewne burknięcie.

Zdumione podniosłyśmy głowy. Przed nami stała wyraźnie poirytowana nauczycielka w wieku zbliżonym do emerytalnego.

- Do was mówię!

Zagapiłam się na nią, kompletnie nie pojmując, o co chodzi, na szczęście moja koleżanka wykazała się większą przytomnością.

- Ale my jesteśmy studentkami! - odparła z chłodną uprzejmością.
- Aaaaa to przepraszam! - wycofała się jejmość.

Zatem dla dzieci może to być jedyna okazja, by zajrzeć za tamte drzwi :-)

Książka wywiera szalenie sympatyczne wrażenie. Pięknie wydana, kolorowa i pełna przydatnych informacji. Polecam z pełnym przekonaniem.

Silvie Sanža, Fach, że ach!, ilustracje Milan Starý, wydawnictwo Bajka 2016.

czwartek, 31 marca 2016

Poradnik dla każdego

Lektura tej książki nie gwarantuje, niestety, że jej czytelnik dołączy do prestiżowego grona noblistów. Ale jeśli tak się stanie, będzie wiedział, w co się ubrać i jak się zachować na noblowskiej gali.

Publikacja Katarzyny Radziwiłł z ilustracjami Daniela de Latoura jest bardzo interesująca. Opowiada o samym Alfredzie Noblu, doskonale wykształconym inżynierze, zamożnym naukowcu i wynalazcy, którego najsłynniejsze dokonanie to dynamit, będący okiełznaniem potężnej i niekontrolowanej siły nitrogliceryny. Alfred Nobel, podobnie jak jego ojciec, zbił fortunę na wynalazkach dla wojska. Eksperymenty z nitrogliceryną przypłacił życiem jeden z braci Alfreda, a on sam, podupadający na zdrowiu m.in. z powodu trujących oparów, które nieustannie wdychał, dzięki przyjaźni z Berthą von Suttner, Austriaczką walczącą o pokój, stał się orędownikiem idei światowego pokoju. Uważał, że ludzie zrozumieją, że dzięki jego wynalazkom walczące armie będą w stanie błyskawicznie zniszczyć przeciwnika i doprowadzi do konkluzji, że trzeba znaleźć inny sposób rozwiązywania konfliktów. Alfred Nobel zmarł w 1896 r i dobrze wiemy, ile wojen wybuchło od tamtej pory, zatem teoria wielkiego fundatora świadczyła o jego nazbyt dobrej wierze w ludzkość.

Niemniej jego majątek wartości 265 mln dolarów stał się kapitałem zakładowym najbardziej prestiżowej nagrody na świecie przyznawanej do dziś. Nobel w testamencie określił, w jakich dziedzinach ma być przyznawana: fizyki, chemii, medycyny i fizjologii, literatury i działań na rzecz pokoju. Nagroda w dziedzinie ekonomii została ustanowiona wiele lat po śmierci fundatora, a pieniądze na nią pochodzą od Banku Szwecji.

Książka przedstawia biogramy wybranych laureatów nagrody Nobla w poszczególnych dziedzinach, fascynujących postaci, z których powszechnie znani są tylko nieliczni. Są napisane interesująco i bogate w liczne szczegóły (czy wiedzieliście, że w Niemczech i zaborze pruskim sprzedano 2 miliony egzemplarzy „Quo vadis”, a Tomasz Mann napisał „Buddenbroków” mając zaledwie 26 lat? Słyszeliście, że siostry Skłodowskie, chcąc studiować, musiały wyjechać aż do Paryża, a kiedy odkrywca promieni X pierwsze na świecie zdjęcie rentgenowskie wykonał dłoni swojej żony z pierścieniem na palcu, zszokowana tym widokiem małżonka prawie zemdlała?) Charakterystyczne, sympatyczne i miejscami zabawne grafiki Daniela de Latoura dodają lekturze niezwykłego uroku.

Katarzyna Radziwiłł, „Jak zdobyć Nagrodę Nobla?”, ilustracje Daniel de Latour, wydawnictwo Muchomor 2015

środa, 30 marca 2016

Długa droga do prawdy i wolności

Trylogia o przygodach dociekliwego i spostrzegawczego chłopca w mrocznym i brutalnym świecie mężczyzn to obowiązkowa pozycja dla czytelników, którzy cenią dobrze napisane książki z gęstą atmosferą i tajemnicą.


Tytułowy bohater nie wie nic o swojej przeszłości. Odkąd pamięta, mieszka w Domu. To dziwne miejsce, coś w rodzaju domu dziecka dla chłopców, w którym mieszkają i pracują wyłącznie mężczyźni. Z lekcji chłopcy wiedzą o istnieniu żeńskiego gatunku, zwanego sucho samicami, ale nigdy żadnej nie widzieli. Podzieleni są na grupy pod względem wieku, od kilkuletnich maluchów po nastolatki.

Mieszkańcy Domu nie znają swojej przeszłości, nie wiedzą też, jaka czeka ich przyszłość. W pewnym momencie pod kolejnym chłopcem z najstarszej grupy pęka łóżko i wówczas on znika, a jego miejsce zajmuje maluch. Ci, którzy przeczuwają, że niedługo znikną, starają się leżeć na łóżku jak najostrożniej.

Chłopcy nie znają innego miejsca niż Dom. Nie wychodzą na zewnątrz, uczą się, jedzą, śpią i bawią wyłącznie w Domu. Ich nauczyciele to grupa niepełnosprawnych mężczyzn, którzy nie odpowiadają na żadne pytania, a kiedy padają, reagują gniewem. Ich opiekunowie zwani Cezarami to cyniczni, bezwględni nadzorcy, egzekwujący surowe kary: dzieci ponoszą odpowiedzialność zbiorową (policzkowanie w kręgu) lub karane są indywidualnie „lodówą”, pobytem w lodowatym pomieszczeniu, do którego można trafić za najdrobniejsze przewinienie, np. za krzywo zapiętą koszulę. System zasad panujących w tym świecie jest tak rozbudowany, że nietrudno jakąś złamać. Nowe dziecko w Domu trafia pod opiekę jednego z najstarszych, który ponosi za nie pełną odpowiedzialność i jest karany za potknięcia swojego podopiecznego. Dzieci muszą jeść na komendę, w odpowiednim rytmie, muszą spać w odpowiedniej pozycji. Są wychowywanie do bezwględnego posłuszeństwa.

To zimny świat pozbawiony wyższych uczuć, w którym podsycane są animozje i napięcia między chłopcami, a jedyną okazją do rozładowania frustracji jest bardzo brutalna gra w piłkę, która kończy się zwykle poważnymi urazami uczestników.

Meto jest bystrzejszy od innych. Naprowadzony na trop tego, co dzieje się wokół niego, postanawia działać. Za wszelką cenę chce odkryć prawdę o tym, kim jest i jak znalazł się w Domu. Kiedy dowiaduje się istnieniu świata Przeciętych Uszu, zbuntowanych służących, doprowadza do buntu, wraz z grupą chłopców ucieka z Domu. Wywiązuje się prawdziwa bitwa, kilku jego kolegów ginie, wielu jest rannych. Ci, którym udało się uciec, wcale nie trafiają w lepsze miejsce. Wydawało się, że gorzej niż w Domu nie może być nigdzie, a jednak jest. Społeczność Przeciętych Uszu ma swoją hierarchię, swoje klany i jeszcze bardziej surowe i brutalne zasady. A więc nie ma nadziei? Wolność nie istnieje? Czy Meto i jego przyjaciele nie mają szansy na normalne życie? Kiedy Meto znów trafia przed oblicze Cezarów i zostaje na powrót włączony w machinę Domu, choć już na innych zasadach, wydaje się, że to koniec jego marzeń. Na szczęście nie wszystko jeszcze stracone...

To książka o przyjaźni i buncie, o lojalności i odpowiedzialności za innych, o wytrwałości w dążeniu do prawdy. Meto jest chłopcem piekielnie inteligentnym, potrafi nad sobą panować i w milczeniu znosić upokorzenia, bowiem jest skupiony na celu, który sobie wyznaczył. Jest otwarty na innych, ufa ludziom, ma dar zjednywania ich sobie. Nie pozwala, by kierowały nim uprzedzenia, dzięki czemu może liczyć na pomoc osoby, w której dobre intencje nikt inny nie wierzy.

Trylogia „Meto” jest szalenie intrygującą historią. Przemyślana fabuła, doskonale poprowadzona akcja, wyraziste postaci bohaterów, mnóstwo zaskakujących wydarzeń. Każdy kolejny tom przynosi nowe niespodzianki, rozsypane puzzle układają się w kompletny obraz.

Odbiorcą tej książki jest dwunastolatek, ale dorosły również przeczyta ją z zainteresowaniem.

Yves Grevet, seria Meto, wydawnictwio Dwie Siostry 2014-2016.

poniedziałek, 28 marca 2016

Porywająca saga fantasy dla młodych czytelników

Epicka, zachwycająca rozmachem seria „Spirit Animals” obejmuje siedem tomów, z których każdy ma innego autora, popularnego pisarza powieści fantasy. Wszystkie tomy mają tego samego tłumacza, dzięki czemu narracja jest spójna i potoczysta.

Czworo nastolatków z różnych części globu staje przed zadaniem ocalenia świata. Nie są to zwykłe dzieci: każde z nich ma swojego wyjątkowego zwierzoducha, który pomaga im w przetrwaniu i walce. W powieściowym świecie Erdas każde jedenastoletnie dziecko ma szansę nawiązać więź z takim zwierzoduchem. Te, u których rytuał odbędzie się z użyciem Nektaru Ninani, zyskują potężnego sprzymierzeńca. Niestety, w wielu przypadkach, kiedy zabraknie kogoś, kto mógłby podać Nektar, przywołanie Zwierzoducha kończy się chorobą więzi, a dotknięta nią osoba stopniowo staje się niepoczytalna i zagraża nawet najbliższym.


Nasi bohaterowie są wyjątkowi, ponieważ podczas ceremonii nawiązali więzi z Czworgiem Poległych, legendarnymi stworzeniami należącymi do piętnastu Wielkich Bestii. Stanęły one ramię w ramię z ludem Erdas w bitwie z Pożeraczem i zginęły, by ocalić ludzkość. Powróciły, bo czarne chmury znów zbierają się nad krainą Erdas: Pożeracz powrócił, jego zwolennicy rosną w siłę. Pożeracz oferuje Żółć: napój, który ma uleczyć cierpiących na chorobę więzi. Niestety, czyni z nich całkowicie poddane złej mocy, pozbawione własnej woli marionetki. Conor, Abeke, Meilin, Rollan i zwierzoduchy: wilk Briggan, lamparcica Uraza, panda Jhi i sokolica Essix muszą zdobyć dające niezwykłe moce talizmany pozostałych Wielkich Bestii, zanim zrobią to ich wrogowie. Wyruszają na morderczą wyprawę przez świat, przez palące pustynie i krainy skute lodem.

Czwórka bohaterów ma za sobą bardzo różne doświadczenia, różne sekrety, życie każdego z nich biegło innymi torami w innym zakątku świata. Rollan był dzieckiem ulicy, porzuconym przez matkę, nieufnym i samotnym. Abeke pochodziła z małej wioski, Meilin była córką generała, a Conor wiódł spokojny żywot pasterza. Każde z nich ma inne predyspozycje, inny charakter. Zjednoczeni wspólnym zadaniem członkowie drużyny uczą się wzajemnego zaufania i współdziałania, polegania na sobie nawzajem, każdego dnia wędrówki tworzą wspólny kodeks postępowania. Stają się wiernymi przyjaciółmi, a więź między nimi jest coraz mocniejsza. Pochodzą z różnych stron świata i reprezentują różne kultury, co jest atutem, nie przeszkodą. Warto zwrócić uwagę na ten motyw w smutnych czasach, gdy tak chętnie dzielimy ludzi na lepszych i gorszych.

Wartka akcja powieści sprawia, że czas spędzony nad książką mija bardzo szybko. Postaci są nakreślone bardzo plastycznie, żywo, przygody bohaterów przykuwają uwagę i nie pozwalają się oderwać od lektury. Autorzy nie szczędzą im żadnych doświadczeń: głód, chłód, czające się wokół niebezpieczeństwo, brak sprzymierzeńców, oddech wrogów na plecach, śmierć bliskich, trudne i nieoczywiste wybory. Chwilami wydaje się, że to wszystko przekracza możliwości tak młodych osób, w podobnych okolicznościach nawet dorosły mógłby się załamać. A jednak wysłannicy Zielonych Płaszczy wytrwale pokonują piętrzące się trudności, zespoleni wspólnym celem: ocalić Erdas przed Pożeraczem.

Trzymająca w napięciu intryga przeplatana jest zabawnymi fragmentami. To także opowieść o pięknie młodzieńczej przyjaźni, rodzinnej miłości i odkrywaniu samego siebie. Idealna lektura dla dziesięciolatków i starszych.

W dwóch ostatnich tomach zamieszczony jest kod do gry typu RPG. Na stronie spiritanimals.com.pl można stworzyć swoją postać, wybrać zwierzoducha i... ratować Erdas ramię w ramię z książkowymi bohaterami.

Seria „Spirit Animals”, różni autorzy, wydawnictwo Wilga 2014-2017.

środa, 23 marca 2016

Jak z sukcesem realizować plany

Ta książka to lektura obowiązkowa dla wszystkich, którzy mają jakieś marzenie, cel czy też chcą rozwiązać nurtujący ich problem. Czyli – dla każdego z nas.

Adresowana do młodych czytelników „Wszystko dla Klary” to przykuwająca uwagę opowieść o tym, jak dobrze zaplanować i zorganizować przedsięwzięcie wymagające udziału wielu osób. Autorzy w zbeletryzowanej formie przedstawili całą drogę od pomysłu do realizacji, nie zapominając o wszystkich potencjanych rafach, o które może rozbić się zapał organizatorów.

Każdy rozdział oprócz kolejnego fragmentu opowieści zawiera precyzyjne wskazówki i wypunktowane informacje na dany temat: prezentacji pomysłu, budżetu przedsięwzięcia, promocji i reklamy, nieprzewidzianych trudności. Dwójka piątoklasistów, pomysłodawców szkolnego festynu na rzecz niepełnosprawnej koleżanki, angażuje do pomocy uczniów, rodziców i dyrekcję szkoły; co więcej, udaje im się namówić do udziału w imprezie nawet klasowych malkontentów! Przeżywają także chwile niepewności i obaw, ale konsekwentnie realizują swój plan krok po kroku.

Książkę małżeństwa Świerżewskich bardzo dobrze się czyta, złapałam się na tym, że z ciekawością przerzucam strony, by dowiedzieć się, czy wszystko się udało. Jest w niej moc – lektura grozi natychmiastowym wymyśleniem planu i zapałem do jego realizacji!

Ewa Świerżewska, Łukasz Świerżewski, Wszystko dla Klary, czyli historia pewnego projektu, wydawnictwo Wilga 2016.

wtorek, 1 marca 2016

O Krowie, która spadła z nieba, Skorpionie, który odleciał na firance i inne historie

Zbiór filozoficznych opowiastek Dominiki Jasińskiej to lektura do poczytania i podumania dla młodszych i starszych. 

Są to urocze, ciepłe i wzruszające historie o życiu: o przebywaniu ze sobą, wspólnym piciu herbaty, o wyjazdach i powrotach, poszukiwaniach i odnalezieniach, o potrzebach i uczuciach. O Sowie, która lata po świecie i o Gąsienicy, która nie opuszcza domu. O niespodziewanych gościach, takich jak Krowa, która spadła z nieba. O młodym Skorpionie, który bardzo chciał pływać, a nagle odfrunął. O Skorpionie, który wyruszył w nieznany świat, by odnaleźć zaginionego syna. O wiecznie uciekającym przed czymś Koniku Polnym, który odnalazł się, gdy spotkał Gąsienicę. W tych opowiastkach i rozmowach bohaterów możemy przeglądać się jak w lustrze. Przyjaźń, miłość, tęsknota – nasza codzienność, opisana w subtelny sposób, prosto i zwyczajnie, że każdy zrozumie, ale jednocześnie zatrzyma się i zaduma – podobnie jak w przypadku poezji Wisławy Szymborskiej.

Książka Dominiki Jasińskiej zasłużyła na niebanalną oprawę graficzną i dostała ją od Anity Andrzejewskiej i Andrzeja Pilichowskiego-Ragny. Analiza, z czego zrobione są kolejne postaci, sprawia przyjemność każdemu dociekliwemu kilkulatkowi.



Czytając tę książkę czułam się tak, jak dawno się nie czułam: jakbym leżała na trawie, patrząc na chmury, wolna i swobodna, be żadnych terminów, telefonów i innych konieczności, rozmyślając o tym, że życie jest cudem, bo po prostu jestem, patrzę, czuję. Melancholijna, a kawałkami bardzo zabawna książka spodoba się Wam i Waszym dzieciom.

Dominika Jasińska, Sowa, Krowa i z Wielorybem rozmowa, ilustracje Anita Andrzejewska i Andrzej Pilichowski-Ragno, wydawnictwo Inne 2015.

poniedziałek, 29 lutego 2016

Skąd się biorą modne ciuchy?

Ta książka nie wprawi cię w dobre samopoczucie, nie zrelaksuje, nie pozwoli przeżyć katharsis. Wprost przeciwnie. Spowoduje, że metki twoich ubrań zaczną cię gryźć i palić.

Już biorąc ją do ręki pomyślałam, że po lekturze nie pozostanie mi nic innego, jak wyjechać na wieś, zasiać len, zająć się nim według wskazówek z książki „Jak to ze lnem było”, utkać z niego materiał i uszyć własnoręcznie zgrzebne szaty dla całej rodziny. Powinnam także zrobić sama krosno do tkania oraz igły z kości kurczaka, bo i te przyrządy zapewnie są wytwarzane w równie nieludzkich warunkach, jak markowe ubrania po kilkaset złotych.

I tak właśnie mam ochotę zrobić, odkąd skończyłam czytać.

Czuję się wstrząśnięta, zmieszana i sfrustrowana tą lekturą. Nie jest tak, że dopiero książka Marka Rabija otworzyła mi oczy na to, ile ludzkiej krzywdy i niesprawiedliwości kryje się za atrakcyjnie ometkowanymi dobrami tego świata, strzępki tych wszystkich historii krążą od czasu do czasu po internecie, towarzyszy im nawoływanie do bojkotu tej czy tamtej marki, jest trochę krzyku, oburzenia i wsparcia dla nieszczęśników wyrażanego lajkami, po czym burza cichnie, bo pojawia się coś innego - inna krzywda, inne zamieszanie, inna sensacja. Pierwszą taką historię, jaka do mnie dotarła kilka lat temu, była opowieść o straszliwych warunkach, w jakich pracownicy (często przymusowi) kongijskich kopalni wydobywają koltan, stosowany w produkcji telefonów komórkowych. Jakbym czytała „Germinal” Zoli. Poczułam wtedy gniew i bezsilność. Co mogę zrobić, żeby pomóc tym ludziom? Nie używać komórki i komputera? I to przyniesie im ulgę? Naprawdę poprawi ich los?

Identyczne pytania zadawałam sobie po lekturze „Życia na miarę”. Była późna noc, leżałam w łóżku, zastanawiając się, gdzie została uszyta piżama, którą mam na sobie. Powinnam ją teraz manifestacyjnie zdjąć? Powinnam wyrzucić z szafy wszystkie ciuchy uszyte w Bangladeszu? I co to da? Czy to w jakikolwiek sposób pomoże dziewczynie, pracującej po kilkanaście godzin dziennie za równowartość jednego posiłku? Czy sprawi, że będzie mogła jak człowiek odejść od maszyny i pójść do toalety? Czy to ocali zdrowie młodego chłopaka, który dziś piaskuje dżinsy z mokrą chustką na twarzy zamiast porządnej maski, a za kilka lat będzie ciężko chory na płuca? Czy to zmniejszy ryzyko pożarowe w fabrykach i fabryczkach?

Tu jest więcej pytań, niż odpowiedzi, bo ta książka opisuje fakty i stawia pytania, ale nie podaje rozwiązań.

Rabij pozbawia nas wszystkich złudzeń po kolei. Nie zlikwidujemy problemu zatrudniania dzieci, bo tylko dzięki przyszywaniu metek do naszych ubrań nie głodują. Nie pomożemy przeciętnej szwaczce bojkotując tę czy inną markę, bo odzieżowi giganci szyją w tych samych fabrykach. Ciuchy z różnymi metkami często wychodzą spod palców tej samej krawcowej i w zależności od tego, co jest napisane na metce, kosztują 10 albo 50 euro. Osoba, która je uszyła, zarabia tyle samo. Biznes odzieżowy został już rozkręcony do tego stopnia, że nie da się go zatrzymać. Żaden pożar, żadna katastrofa budowlana nie może opóźnić pojawienia się nowej kolekcji w sklepach. Bo, jak konstatuje autor z goryczą, tak naprawdę nikogo nie obchodzi, skąd się biorą ciuchy. Tak naprawdę każdy z nas marzy, żeby dorwać się do nich w jak najlepszej cenie. Ale nie przechytrzymy marki kupując na wyprzedaży, bo kolejne obniżki wliczone są w cenę, która przekracza koszty produkty 1000-2000 procent (nie, nie pomyliłam zer: tysiąc do dwóch tysięcy).

Autor przedstawia kulisy tego gigantycznego biznesu, opisuje sieć osób zaangażowanych w handel, cały łańcuszek wielkich fabryk odzieżowych i drobnych podwykonawców, co rozmywa odpowiedzialność za sytuację konkretnych osób, zatrudnionych w konkretnych fabrykach, procedury mamienia zagranicznych dziennikarzy, że wszystko jest cacy i w naszej fabryce troszczymy się o swoich pracowników jak nikt inny, historie tzw. podróbek, pełnowartościowych ciuchów z nieprawego łoża. Opisuje losy kilkunastu konkretnych osób, które pracują lub pracowały w fabrykach odzieżowych. Przemysł odzieżowy to lwia część gospodarki Bangladeszu, więc prawie każdy jest z nim związany, choć jednocześnie każdy modli się, by jego dzieci poszły inną drogą. Praca w fabrykach odbiera zdrowie a często i życie, ale jest powszechnie dostępna. Tylko nieliczni decydują się inaczej zarabiać na chleb powszedni.

Czyta się o tym wszystkim z fascynacją podszytą zgrozą, jak thriller, od którego nie sposób się oderwać. Marek Rabij pisze świetnie, analogie do „Ziemi obiecanej” Reymonta wywołują u mnie ciarki na plecach. To nie jedyne nawiązania do Polski: Rabij jasno podkreśla, że los bangladeskich szwaczek wcale nie różni się szczególnie od losu ich polskich koleżanek po fachu. To jedno z przekleństw globalizacji.

Metki gryzą mnie i drapią, ale co mam zrobić? Dopóki nie wyhoduję lnu, nie będę przecież chodzić nago. 
 
Marek Rabij, Życie na miarę. Odzieżowe niewolnictwo, Wydawnictwo W.A.B. 2016.

niedziela, 28 lutego 2016

Zwykłe-niezwykłe przygody Florki

Florka ma sympatyczną rodzinkę i przeżywa przygody na miarę przeciętnego przedszkolaka. Dzieci doskonale odnajdują się we florkowym świecie i zupełnie nie przeszkadza im, że bohaterka serii jest ryjówką (niekiedy błędnie braną za mysz).


Każdy tom przynosi nowe przygody sympatycznej Florki, dociekliwej, żywo zainteresowanej światem i bacznie obserwującej, co się wokół niej dzieje. Bohaterka uroczo komentuje sytuacje, w których się znalazła i cudownie dziwi się światu. Rodzice przedszkolaków doskonale znają te czarujące chwile, gdy ich kilkuletnie dziecko z pełną powagą zgłębia tajemnice wszechświata i głośno wygłasza swoje opinie lub zadaje niezwykłe pytania. Gdzie jesteśmy, kiedy śpimy? Gdzie chowa się ten czas, którego tak brakuje mamie i tacie? Florka dzieli się swoimi przemyśleniami i perypetiami w pamiętniku i w listach do Józefiny, przyjaciółki z wakacji, do babci i do Klemensa, przyjaciela z przedszkola. Jej pytania i dywagacje są rozczulające, jej przypadki bardzo zwyczajne, a jednocześnie wstrząsające światem małego dziecka, jak np. narodziny młodszego rodzeństwa, pojawienie się niesympatycznej koleżanki w przedszkolu, czy nieobecność taty na przedstawieniu dla tatusiów.

Serię o przygodach Florki tworzą Roksana Jędrzejewska-Wróbel i Jona Jung, a wydaje ją Bajka. Ta trójka gwarantuje wysoki poziom językowy, graficzny i edytorski kolejnych książeczek. Już pierwszy tom, wydany po raz pierwszy kilka lat temu, w 2008 r. został wyróżniony nagrodą im. Kornela Makuszyńskiego. Mam nadzieję, że jeszcze wiele tomów Florki przed nami, bo z sympatyczną ryjówką warto się zaprzyjaźnić. Mali będą mieć urocze towarzystwo, a duzi okazję, by spojrzeć na świat oczyma dziecka.

Warto też wiedzieć, że na podstawie książeczek powstaje serial „Pamiętnik Florki”, który będzie liczyć kilkadziesiąt odcinków – imponująco duża produkcja na miarę kultowych „Misia Uszatka” czy „Bolka i Lolka”. Pierwszą serię można oglądać w Mini-Mini+. Stylistycznie chyba najbliżej jej do Uszatka, urzeka prostą grafiką i mądrym, czytelnym przesłaniem.

Roksana Jędrzejewska-Wróbel, Florka. Mejle do Klemensa, ilustracje Jona Jung, wydawnictwo Bajka 2016.

piątek, 26 lutego 2016

Wszystko, czego jeszcze nie wiecie o Polsce

Znajomość własnej ojczyzny, jej symboli, hymnu, wiedza o historii i sztuce, czytanie ojczystej literatury – dla mnie to absolutnie minimum patriotyczne. Z radością witam każdą książkę, która przybliża zagadnienia związane z polskością i czyni to w pięknej oprawie graficznej.


Takich książek pojawia się na rynku coraz więcej, chyba każde liczące się wydawnictwo ma w ofercie jakiś tytuł nawiązujący do historii Polski, czy to w formie beletrystyki, czy kompendium wiedzy. Pisałam już o „Mazurku Dąbrowskiego” Małgorzaty Strzałkowskiej wydanym przez Bajkę, dziś chcę opowiedzieć o świeżutkiej publikacji wydawnictwa Muchomor. „Alfabet polski” to subiektywny wybór, w którym czytamy o Hymnie, Wawelu, Matce Boskiej Częstochowskiej, koziołkach: poznańskich i Matołku, Giewoncie, Drzwiach Gnieźnieńskich, o Koperniku, andrzejkach i lanym poniedziałku, o hejnale, Helu, węglu, dębie Bartku i białowieskich dębach królewskich, a także o Janie Pawel II, Czesławie Miłoszu, Gosi Baczyńskiej, Oldze Boznańskiej, Pawle Althamerze i... Thorgalu. Bo to Polska właśnie, tak różnorodna, tak fascynująca, o której Anna Skowrońska opowiada potoczyście i ze swadą.

Zachęcam gorąco do czytania dzieciom i z dziećmi. To jedna z tych książek, która poszerza wiedzę czytelników bez względu na wiek i przy okazji pełni rolę integratora pokoleń. Jest bardzo interesująca: na pewno słyszeliście o Bartku, najstarszym dębie rosnącym w pobliżu Kielc, ale pewnie nie znacie legendy, jakoby król Jan III Sobieski wracając spod Wiednia w jego dziupli ukrył dzban z winem i szablę turecką. Zapewnie wiecie, że na studniówkach tańczy się poloneza, ale niekoniecznie jesteście świadomi, że dawniej tańczono do kompozycji Michała Ogińskiego, a dziś przeważnie do melodii Wojciecha Kilara z ekranizacji „Pana Tadeusza”. Są tu pyszne opowiastki o tym, jak polski krawiec został noblistą, jak powstała wedlowska czekolada i jak „Opowieści z Narnii: Księcia Kaspiana” kręcono w Górach Stołowych.

Kapitalna książka. Czytajcie i zachwycajcie się naszą Polską.

Anna Skowrońska, Alfabet polski, wydawnictwo Muchomor 2016

środa, 24 lutego 2016

O dziewczynie, która chciała od życia więcej

Zachwycająca. Ten epitet najlepiej oddaje książkę o Johannie de domo Trosiener, primo voto Schopenhauer. Całość jest po prostu doskonała, tak w warstwie słownej jak i graficznej.

To już trzecie wspólne dzieło Anny Czerwińskiej-Rydel i Marty Ignerskiej, trzecia z serii opowieści o wybitnych gdańszczankach. „Lustra Johanny” to właściwie jedna historia opowiedziana na dwa sposoby: słowem i obrazem. Choć generalnie wyżej cenię słowo niż obraz, tu oba są równie niezwykłe i równie wspaniałe. Świetnie napisana książka i rewelacyjne, zaskakujące i nietuzinkowe ilustracje.

Johanna Trosiener urodziła się w mieszczańskiej, zamożnej rodzinie jako pierwsza z trzech córek rajcy miejskiego. Od dzieciństwa była osobą o zdecydowanym charakterze, spragnioną wiedzy, zadającą odważne pytania, gorszącą dorosłych swoim zachowaniem dalekim od tego, co uważano wówczas za skromne i stosowne dla młodej dziewczyny. Już sam pęd do wiedzy był dla Christiana Trosienera co najmniej niepokojący. Dziewczyna w tamtej epoce powinna była głównie uczyć się szycia, cerowania, układania kwiatów, zarządzania domem, zabawiania męża i pielęgnowania dzieci, bo to w powszechnej opinii, której wyrazicielem w książce jest ojciec Johanny, były rzeczy NAPRAWDĘ potrzebne kobiecie. Johanna od początku chciała czegoś więcej. Znała niemiecki i polski, uczyła się francuskiego, historii i wiedzy ogólnej, ale chciała też mówić po angielsku i sama poprosiła sąsiada-Anglika, by zechciał udzielać jej lekcji. Ojciec nie posiadał się z oburzenia, ale w końcu przystał na kolejną prośbę ukochanej pierworodnej.

Wytrwała i ciekawa świata Johanna zdobyła niezwykłe jak na owe czasy wykształcenie (jak na dzisiejsze też – ile znacie kobiet, które mówią płynnie kilkoma językami?), została pisarką, prowadziła w Weimarze sławny salon literacki, w którym bywali znakomici pisarze, m.in. Goethe. Jej syn Artur był znanym filozofem.

Bardzo ciekawym motywem, przewijającym się przez całą historię w warstwie słownej i graficznej jest lustro, do którego zagląda matka Johanny zaraz po urodzeniu córki, żeby poprawić wygląd przed przyjściem męża, w nim odbija się nowonarodzone maleństwo; w lustrze przegląda się z zadowoleniem kilkuletnia dziewczyna, strofowana przez nianię, że to grzeszne zachowanie i rezolutnie pyta, po co Bóg stworzył piękno, skoro jest grzeszne? Lustra pojawiają się na kartach książki w opowieści o ocaleniu Syrakuz przez Archimedesa i w cytatach z literatury, w powiedzeniach sławnych ludzi oraz mądrościach ludowych jako motto każdego rozdziału. Wiele ilustracji ma formę lustrzanych odbić.

Przewrotne znaczenie ma użycie przez ilustratorkę koloru różowego w jego neonowej odmianie. Uważany za dziewczyński, plastikowy róż z krainy kucyków i lalek Barbie, traktowany z pogardą, w tej historii mówi z przekorą: ja wam jeszcze pokażę!

Uważam, że warto podsunąć tę książkę współczesnym dziewczynkom, by przypomnieć im o wartości wykształcenia. „Lustra Johanny” są opowieścią o wytrwałym dążeniu do celu, o apetycie na życie, o przełamywaniu barier i przebijaniu szklanych sufitów. Myślę, że opowieść z przełomu XVIII i XIX wieku wcale nie straciła na aktualności. Emancypacja kobiet stała się faktem, wykształcona kobieta nie budzi dziś najmniejszego zdziwienia, ale już realizując się zawodowo natrafia na liczne przeszkody. Warto umacniać dziewczynki w przekonaniu, że mają niezbywalne prawo do własnych wyborów.

Anna Czerwińska-Rydel, Lustra Johanny, ilustracje Marta Ignerska, wydawnictwo Muchomor 2015

sobota, 20 lutego 2016

Paćka z mąki ziemniaczanej i lody w worku

Chcesz obudzić w dziecku ducha naukowca i jednocześnie zapewnić mu świetną zabawę? Polecam tę książkę. 


Zawiera instrukcje, jak zrobić wulkan z miętówek, kalejdoskop, papierową pukawkę, maszynę zmniejszającą, destylator wody i wiele innych niesamowitych rzeczy. A także smakołyków, bo z książki dowiesz się, jak zrobić lody w 10 minut. Naukowe eksperymenty i psikusy oparte na wiedzy i wyjaśnione od początku do końca. Uzbrojone w wiedzę z tej książki dzieci zabłysną wśród kolegów i w szkole.

Świetna rzecz. Przetestowałam na Michasiu: dla kolorowej paćki z mąki ziemniaczanej porzucił nawet myśl o graniu w Minecrafta! To było warte nawet sprzątania, bo nierozważnie hojnie sypnęłam czerwony barwnik, który okazał się szalenie instensywny. Ręce domyły się dopiero po dwóch dniach, łazienka na szczęście szybciej. Lody w 10 minut nie udały się w 10 minut, trzeba było je zamrozić w zamrażalniku, ale skupienie na wykonywanej cznności było bezcenne.

Zdumiewające eksperymenty, wydawnictwo Jedność dla dzieci 2014

czwartek, 18 lutego 2016

Emi, przyjaciółka dziewczynek


Na rynku jest cała masa podobnych książek dla kilkuletnich dziewczynek, opowiadających o perypetiach ich rówieśniczek, ale bardzo polecam Wam właśnie tę serię. Po pierwsze jest rdzennie polska, nie importowana, a po drugie...


Emi, a właściwie Stanisława Emilia, to bardzo sympatyczna bohaterka, idealna towarzyszka kilkuletnich panienek. Poznajemy ją, gdy chodzi do zerówki i ze swoimi przyjaciółkami zakłada tajny dziewczyński klub - prawdziwie tajny, z mnóstwem tajemnych spraw. W każdym tomie akcja koncentruje się wokół rozwiązywania innej zagadki (James Bond mógłby się od nich wiele nauczyć!), a przy okazji przeżywają wiele zwyczajnych, dobrze znanych wszystkim dzieciom sytuacji domowo-szkolnych. Bohaterki serii rosną razem z czytelniczkami, więc warto śledzić ich przygody po kolei.

Świetnym uzupełnieniem serii jest “Tajny dziennik”, obowiązkowe wyposażenie członkiń tajnego klubu, zeszyt do prowadzenia zapisków.

Agnieszka Mielech, seria: Emi i Tajny Klub Superdziewczyn, wyd. Wilga 2013-2015