[Uwaga, recenzja zawiera spoilery]Od pierwszych kartek książki, ba! nawet od notki na ostatniej stronie okładki, utożsamiałam się mocno z autorką i wyglądałam jak te pieski z ruchomymi głowami, umieszczane onegdaj przy tylnej szybie samochodu, potakując co drugie zdanie (kiedy te pieski były modne? Ja twierdzę, że dopiero co, a Mąż mówi, że w głębokim PRL). Tak! To o mnie! Tak! Ja też nudzę się w piaskownicy! Tak! Mnie też nudzi dzień z małym dzieckiem! Tak! Szczęki mnie bolały od tłumionego ziewania przy setnym „a kuku!” Objawienie! Ach!
Rosło we mnie przemożne pragnienie napisania polskiej wersji „Złej matki”. Kiedy Waldman pisze o amerykańskich forach dla matek od razu pomyślałam o karmieniu piersią na gazeta.pl, gdzie jest chyba najwięcej modelowych Dobrych Matek w polskim Internecie: specjalizują się we wstrząsających opowieściach o tym, jak walczyły o laktację, lejąc łzy i brocząc krwią z pogryzionych sutków. Kiedy wspominała o grupie, którą założyła ze znajomymi w Internecie jako przeciwwagę dla tych, które nazywa „Wydziałem ścigania Złych Matek”, od razu pomyślałam o Klubie Matek Wyrodnych i Niegrzecznych Mamuśkach. Kiedy czytałam o wychowaniu, które odebrała, o jej feminizującej matce, w duszy już pisałam rozdział o życiowych mądrościach Tatusia, który w czasie mojego buntu „nie wyjdę za mąż bo i po co”, cierpliwie klarował mi, że kobieta bez mężczyzny niczego nie osiągnie, a kiedy podałam mu przykład Skłodowskiej-Curie, to wzruszył ramionami i stwierdził, że „bez chłopa nic by nie zdziałała”.
Waldman bardzo ciepło pisze o swoim mężu Michaelu, o wspaniałym dopasowaniu, idealnym zgraniu, wzorcowym podziale obowiązków. To ideał, praktycznie nieosiągalny, ale miło poczytać, że komuś się udaje. Kwestia stosunków z teściową jest ponadczasowa i uniwersalna pod każdą szerokością geograficzną, przejście od rywalizacji do świadomości, że wcześniej czy później stanę na jej miejscu – świetnie ujęte. Nawiązując do dorastających dzieci i faktu, że kiedyś rozpoczną życie seksualne, Ayelet dzieli się swoimi doświadczeniami i tu nawet nie śmiałabym szukać analogii, bo czternastoletnia Ayelet straciła cnotę z 22-letnim izraelskim żołnierzem, a ja w tym wieku miałam na koncie pierwszy pocałunek na koloniach letnich, za który (bo nocą i w pokoju chłopaków) wychowawczyni groziła mi poprawczakiem.
Ale im dalej w las, tym mroczniej. Ujmę to tak: po przeczytaniu zapowiedzi wydawcy i po obejrzeniu materiałów, które wydawca udostępnia na profilu książki, nastawiłam się na lekturę lekką i przyjemną, z gatunku tych „o macierzyństwie trudnym, ale z humorem i dystansem”. Matczyne wykroczenia? Pewnie słodycze przed obiadem, niekonsekwencje, znane mi dobrze pragnienie ucieczki od dzieci na wyspę bezludną. Drobne katastrofy? Może histeria w sklepie z powodu odmowy batonika, a rzadkie momenty chwały – wiadomo, te wszystkie rozkoszne chwile, gdy dziecko śpi, albo gdy matka przepełniona radością czuje, jak się nad nią otwierają niebiosa, po czym minutę później dostaje szału, bo np. przytulające się dzieciaczki dały sobie po razie i teraz wyją jak potępieńcy, a na świeżo założone białe koszulki lecą im smarki i krew. Żartobliwe wystąpienia Ayelet tutaj i tutaj utwierdziły mnie, że taka właśnie jest ta książka.
Zupełnie nie byłam gotowa na wstrząsającą opowieść o aborcji. Zszokowały mnie okoliczności: kiedy dowiedziała się, że istnieje ryzyko wad genetycznych u dziecka, była w czwartym miesiącu ciąży, wiedziała, że to chłopczyk, miała na lodówce jego zdjęcie z USG, czuła, jak kopie, nazywali go Rakietką. Czytałam i do ostatniej strony tego rozdziału wierzyłam, że jednak będzie happy end, że dziecko urodzi się i będzie zdrowe, ale Ayelet i Michael postanowili inaczej. Dla dobra rodziny, by nie obarczać swoich starszych dzieci koniecznością opieki nad ewentualnie upośledzonym bratem, zdecydowali się na aborcję.
W tym momencie poczułam straszliwe znużenie i smutek. Przestały mnie bawić żarciki z idealnych mamusiek, które z oddaniem przesypują piaseczek i z zaangażowaniem stawiają kolejne babki i przeciwstawianie im tych, które chcą mieć swoje życie i w zasadzie do tego sprowadzają się ich drobne grzeszki. To jest prawdziwa trauma, z którą wiele kobiet zmaga się na różne sposoby, a Ayelet radzi sobie opowiadając światu: „pierwszy raz tak dokładnie opisuję, co się stało z Rakietką, co zrobiłam i jak się z tym czułam”, pisze. Jako czytelnik empatyczny czuję się skopana, bo Ayelet przeniosła także na mnie część swej tragicznej historii.
Kolejne rozdziały trafnie opisują różne aspekty życia matki: jak zmienia się z każdym kolejnym dzieckiem, jak rodzice zawsze pragną mieć genialne dzieci i z wielkim trudem godzą się na przeciętność, a w przypadku jakichkolwiek zaburzeń wypierają ile sił, jak kobieta pragnie kolejnego dziecka, bo ciągle jej mało widoku słodkich małych stópek; interesujące jest podjęcie kwestii patriotyzmu, co ciężko byłoby oddać w polskiej wersji, bo u nas to ciągle temat trochę wstydliwy, trochę niemodny. Szczere wyznanie na temat choroby dwubiegunowej, na którą cierpi Waldman robi wrażenie, szczególnie w kontekście obsesji, czy nie przekazała jej dzieciom. Rozdział na temat orientacji seksualnych jej dzieci, w którym deklaruje pełne zrozumienie w każdej sytuacji, jest trochę na wyrost, no ale dobra, niech będzie, wszak to książka o współczesnej Ameryce.
Jednak jak trafna nie byłaby ta część książki, kładzie się niej cieniem sprawa Rakietki. Do ostatniej strony nie opuszczał mnie smutek. Był jak mgła, która przesłoniła pozytywne przesłanie książki, to słynne: „(…) uważam, że warto być matką (…), która mniej czasu poświęca na martwienie się tym, co może się wydarzyć albo co już się stało, a więcej na cieszenie się chwilą (…), która nie obawia się potknięć i zaniedbań (…), która nie przejmuje się tak bardzo, czy jest dobra czy zła, ale wie, że jest taka i taka”.
Można powiedzieć, że polską wersją „Złej matki” jest antologia „Macierzyństwo bez lukru” - opowieści matek-blogerek o tym, jak wygląda macierzyństwo bez retuszu, zebrane aby pomóc ciężko choremu Mikołajkowi. Wielogłos, który mówi o tym samym o czym pisze Ayelet: jak znaleźć równowagę między własnym życiem a dziećmi, jak nie zatracić się w kupkach i zupkach, jak kochać dzieci i jednocześnie nie poświęcać dla nich wszystkiego.
Polecam lekturę obydwu pozycji, sami oceńcie, która jest Wam bliższa.
Ayelet Waldman, Zła matka, Znak 2011


